Klienci zaskakują pomysłowością jak i na czym oszczędzać w mieszkaniu. Kilka przykładów z przymrużeniem oka

Warto oszczędzać, chociaż czasami kolejne historie jak i na czym można zmniejszyć koszty powodują uśmiech na twarzy słuchaczy. Te przykłady są prawdziwe


O czym przeczytasz?

Nie przywiązywaniem się do dóbr materialnych

Kiedyś, podczas jednego ze spotkań członków Warszawskiego Stowarzyszenia Pośredników rozmowa zaczęła się toczyć wokół postaci Benny Hilla (prawdziwe nazwisko Alfred Hawthorne Hill) i jego niesłychanego skąpstwa. Niekiedy jego podejście do pieniędzy nazywano w mediach dyplomatycznie “nie przywiązywaniem się do dóbr materialnych”. Nasz bohater dyskusji nie miał nigdy własnego mieszkania, samochodu, a po śmierci pozostawił majątek wart około 10 mln funtów. Innymi słowy niewiele skorzystał ze zgromadzonych pieniędzy.

Ponieważ kilka dni wcześniej zakończyłem transakcję z mentalnym bliźniakiem “Benny Hilla”, i nie mogłem się otrząsnąć po kontakcie z nim, postanowiłem wykorzystać sytuację. W gronie koleżanek i kolegów zadałem pytanie i “ogłosiłem” spontaniczny konkurs na największego skąpca z jakim się zetknęliśmy w pracy! Reguły były proste: wygrywał ten, który własną historią uzyska poklask większości.

Pojawiły się różne mniej lub bardziej abstrakcyjnie historie. Koleżanki i koledzy wspominali klientów, którzy ze skrajnej oszczędności zabierali ze sprzedawanego mieszkania stare karnisze, kontakty lub inne bezwartościowe przedmioty. Jakiś człowiek trzymał nowego mercedesa pod plandeką, a sam jeździł komunikacją miejską (i nie było to podyktowane korkami w mieście). Pojawiła się opowieść o kliencie, który sam jeden podjął się remontu dużej kamienicy na Pradze. Szkoda mu było pieniędzy na innych robotników. Osobiście biegał z taczką po budynku. Opowieści było sporo, ale ja miałem w zanadrzu prawdziwy brylant. Myślałem, że wygrana jest w zasięgu. Czekałem. 

Oszczędzaj wodę, kąp się u ochrony osiedla

Wysłuchałem prawie wszystkich uczestników i zacząłem opowiadać własną historię. Kilka dni wcześniej zakończyłem obsługę stałego klienta naszego biura, który zlecał nam od lat swoje mieszkania na wynajem. Nazywaliśmy go “Argentyńczyk” z racji miejsca stałego pobytu. W Warszawie bywał rzadko. Nasz klient był właścicielem czterech, czy pięciu apartamentów w jednym z nowych budynków w Śródmieściu Warszawy. Nie były to kawalerki, tylko duże 3-4 pokojowe mieszkania z tarasami. Super wykończone, świetna lokalizacja, budynek z ochroną, siłownią itp. Wartość tego majątku na dzień dzisiejszy oszacowałbym na blisko 10 milionów zł, jeśli nie więcej. Lokale były wynajmowane za naprawdę duże pieniądze. Klient był więc bardzo zamożnym człowiekiem. Wyróżniał się jednak niebywałym skąpstwem. Kiedy pojawiał się w Warszawie, oszczędzał absolutnie na wszystkim. Widać to też było podczas każdego etapu transakcji. Ustalenie z “Agentyńczykiem” warunków najmu było nie lada wyzwaniem. Targował się o każdą złotówkę. Udało mi się jednak pokonać trudności i przy wynajmie warunki zostały precyzyjnie ustalone.

W międzyczasie klient pojawił się w Polsce. Podpisał umowę i pojechaliśmy na przekazanie mieszkania. 

Sporządzenie protokołu przy wynajmie jest bardzo ważne. Przecież trzeba będzie kiedyś mieszkanie od najemcy odebrać. Podstawa rozliczeń to właśnie protokół z dnia wydania lokalu i jego porównanie do stanu lokalu z dnia zwrotu. Zwykle jednak spis inwentarza i liczników zajmuje niezbyt wiele czasu. Wypełniane są dokumenty, spisane zostają liczniki, robi się zdjęcia, czasami film i gotowe. Najemca może się wprowadzać. 

W omawianym przypadku formalności trwały trzy godziny! 

Protokół był abstrakcyjnie szczegółowy. Spisywałem numery seryjne wszystkich sprzętów. Odsunęliśmy lodówkę, pralkę, chyba tylko zmywarka został nietknięta (bo była w zabudowie). Nie dość powiedzieć, że dobre pół godziny klient mierzył używany, lekko brudny dywan, który leżał przed sypialnią. Miał obawy, że najemca podmieni go na inny. Mniejszy i tańszy.

W pierwszej godzinie spotkania trochę się denerwowałem. W drugiej zacząłem oswajać z zegarmistrzowską dokładnością właściciela, a w trzeciej było to nawet zabawne. 

Muszę się przyznać! W pewnym momencie z premedytacją kilkakrotnie poddawałem w  wątpliwość wymiary rzeczonego dywanika i przedłużyłem specjalnie pomiary zmieniając zdanie.

Powiedziałem 70x50 ! nie 100x70, a może 120x100, ale zaraz dodałem, ale może jednak nie? 

Trochę to trwało, ale przy takich rozbieżnościach i w tak ważnej sprawie, jak dywanik właściciel zrezygnowany poszedł do ochrony pożyczyć miarkę… (Ale czemu się dziwić? Przecież mógł stracić stary dywanik).

Jak się okazało klient znał ochronę doskonale. Oni jego również. Otóż, aby zaoszczędzić na zużyciu wody “Argentyńczyk” kąpał się u ochrony! Brał ręcznik, mydło, wkładał klapki i szedł do pomieszczeń socjalnych ochrony! Uzasadniał to awarią w mieszkaniu! Trwało to do czasu, aż ochona się połapała w praktykach “Argentyńczyka” i szef tej firmy wydał klientowi zakaz kąpieli! Informacje te potwierdził mi w sposób niezależny kierownik ochrony, z którym miałem okazję się spotkać na płaszczyźnie towarzyskiej.

Choinka z rynku wtórnego

Moja opowieść zaskoczyła uczestników konkursu i wywołała niemałą konsternację. Czy wygrałem konkurs? No, niestety nie. Po moim wystąpieniu koleżanka opowiedziała własną historię. Jej bohater był właścicielem sporej willi na Żoliborzu. Tuż przed Bożym Narodzeniem odebrał telefon. Dostał zaproszenie. Okazało się, że może nadchodzące święta spędzić wraz z żoną i dziećmi u rodziny. Mógł zaoszczędzić i z szansy skorzystał. Rozebrał przystrojoną już choinkę i ...sprzedał sąsiadowi!

Gorycz porażki osłodził mi fakt, że konkurs ogłosiłem w kiepskim czasie. Tuż przed Bożym Narodzeniem. Opowieść koleżanki była bardziej na czasie! Przegrałem!

Artykuły, które mogą Cię zainteresować