Malarka, która nie boi się odważnych ruchów [W gościach]

Nam Ula Clarise zdradza patent na niemoc twórczą, wyjawia, co pomogło jej pokonać depresję i dlaczego z obrazem "Mandala" będzie się jej najtrudniej rozstać.

Ula i jej dzieła

Karolina Polacka: Freddie Mercury czy Albert Einstein? Malowałaś ich obu, któregoś cenisz bardziej?

Ula Clarise: Staram się nie oceniać postaci, które maluję. Einstein był geniuszem i uwielbiam wracać do jego biografii. Freddie - według mnie - „gwiazda totalna”, niepodrabialny głos i autor historycznie pięknych utworów. Einstein pobudza moją lewą półkulę mózgu, a Freddie odpala fajerwerki w mojej prawej półkuli.

Malowani bohaterowie obrazów przychodzą do mnie sami, można powiedzieć nawet, że sami się wybierają, albo też wybierają się poprzez klientów, którzy zlecają mi ich namalowanie. Oczywiście, jedną postać maluje mi się czasem łatwiej, inną trudniej. Jednak nie chodzi tu o to, że niektóre twarze są bardziej skomplikowane. Trudniejsze jest po prostu czytanie jej energii i przetwarzanie jej na kolory.

Jednym z obrazów, które malowałam dłużej był portret Leonarda da Vinci. Pracowałam nad nim ponad tydzień i ten proces miał wiele zakrętów.

W jaki sposób docierasz do postaci, które przedstawiasz na płótnie? Zagłębiasz się w ich historię? Osobowość?

Ten proces to poznanie jak największej liczby faktów o malowanej osobie. Czytam biografie. Tworzę w mojej głowie swoisty folder z informacjami o bohaterze portretu – jego charakterze, temperamencie. Czytam też cytaty tej osoby, bo chcę wiedzieć, w jaki sposób się wypowiadała, jakie miała poglądy. Oglądam jej zdjęcia. Jeśli jest to aktor, oglądam filmy, w których grał. Jeśli muzyk, to słucham muzyki, którą tworzył. Generalnie, staram się poznać cały profil takiej postaci - tak jak się profiluje przestępców (śmiech). Znaczenie ma dla mnie praktycznie każda informacja. Nigdy nie wiadomo, która z nich da to „coś”, co w mojej głowie nagle ustanowi kolorystykę, tło.

Oscar Wilde powiedział, że portret malowany emocjami jest bardziej portretem artysty niż malowanego modela. Uważam, że moje portrety są koktajlem moich stanów emocjonalnych i istoty malowanej postaci.

Pracownia Uli Kamińskiej

Jesteś leworęczna?

Tak, robię wszystko lewą ręką. Jest cała lista znakomitych malarzy leworęcznych, choćby właśnie da Vinci, Michał Anioł, Picasso. Lewa ręka powoduje rozbudowę prawej półkuli, która odpowiada za kreatywność, sztukę, wyobraźnię. Lwa półkula to z kolei matematyka, analiza, „od - do”. Staram się jednak robić ćwiczenia synchronizujące obie półkule. Polecam każdemu.

Który z Twoich obrazów jest Ci najbliższy?

Myślę, że „Mandala” [na zdjęciu poniżej - red.]. Obraz powstawał trzy miesiące i malowałam go codziennie po kilka godzin. Tworzył się bardzo powoli, ponieważ była to całkowita improwizacja mojej dłoni, głowy i danej chwili. Nie rysowałam wcześniej na płótnie ołówkiem ani nie posługiwałam się linijką. Obraz wymagał precyzji i spokoju.

„Mandalę” prawdopodobnie sprzedam najpóźniej i to po długich negocjacjach. Jest dla mnie energetycznym, emocjonalnym domem. Choć malowałam go w bardzo trudnym na mnie czasie, to ten obraz mnie utulił, ukochał, dał schronienie.

Tak naprawdę nauczył mnie też medytować. Był do tego doskonałym narzędziem, ponieważ musiałam się skupić tylko i wyłącznie na dłoni, pędzlu i płótnie. Żadna inna myśl nie mogła „wejść”, bo wtedy popsułabym sobie cały obraz.

"Mandala" - ulubiony obraz Uli

Da się tak całkowicie wyczyścić umysł? Nie myśleć o niczym?

Da się, co więcej, jest to bardzo potrzebne. Chodzi o porządne wyczyszczenie tak zwanego „monkey mind”, a więc umysłu małpy. Gdy pojawia się natłok niepotrzebnych myśli, taka małpa siedzi Ci w głowie i uderza metalowymi talerzami, a Ty od razu zaczynasz się zastanawiać: „może powinnam zrobić to?”, „a może tamto?”, „a jak tego nie zrobię?”, „a ja to zrobię?”, „a może jutro?” „a może pojutrze?”, „szkoda, że nie zrobiłam tego wczoraj”. Po co to?

„Monkey mind” powoduje, że nie cieszymy się tym, co mamy teraz. Nie widzimy ludzi, którzy nas otaczają ani rzeczy, które się nam przydarzają, bo nasz małpi umysł biega po przyszłości i przeszłości.

„Mandala” była punktem wyjścia do medytacji. Czasami siadam naprzeciwko tego obrazu i robię sobie takie zadanie, że wodzę wzrokiem po labiryncie. Nie mogę wtedy myśleć o niczym innym, ani odrywać wzroku od linii. To wycisza, ale też uczy bycia tu i teraz. Możecie spróbować zrobić to ćwiczenie. Wybierzcie start i otoczcie "Mandalę", wiodąc wzrokiem po liniach. Bardzo chętnie poznam Wasze odczucia. 

Czasami mój „monkey mind” jest jednak na tyle uparty, że delikatne działania, nie powodują jego uciszenia.

Co wtedy robisz?

Był kiedyś taki wieczór - nomen omen była to pełnia księżyca - kiedy byłam w ogromnej niemocy twórczej. Tak długo już nie malowałam, a tak bardzo chciałam. Czułam jakbym stała przed ścianą i waliła w nią mocno czołem. I nie działo się nic. Nawet najmniejszy kawałeczek tej ściany oporu nie odpadł. Zdenerwowałam się, wybuchł we mnie totalny gniew na tę niemoc. Włączyłam na pełen regulator heavy metal, rozłożyłam na ziemi płótno, wylałam na nie farbę, a następnie rozebrałam się i zaczęłam się nago tarzać po płótnie, jednocześnie krzycząc, śmiejąc się i wyrzucając z siebie wszystkie nagromadzone emocje. Cały akt trwał 40 minut. Po jego zakończeniu ledwo doszłam do łazienki - czułam się jak po porządnym treningu. Ale coś ze mnie zeszło, no i powstał obraz [na zdjęciu poniżej - red].

Obraz namalowany ciałem

Masz pracownię na górze, mówiłaś, że pracujesz o każdej porze dnia. Który obraz namalowałaś najszybciej?

Najszybciej namalowałam Prince’a – powstał w siedem godzin. Włączyłam sobie „Purple Rain” – wykonanie live, zapętliłam, płakałam przy tym krokodylimi łzami i malowałam. To było niedługo po jego śmierci.

Od dawna medytujesz?

Medytacja przyszła do mnie, gdy zachorowałam na depresję. Depresja ma to do siebie, że kiedy się pojawia, to nie wiemy, że to ona. Rozsiada się w życiu powoli, rozpakowuje się w domu, w duszy i ciele. „Wchodzi” poczucie winy, biczujemy się w głowie za wszystko, światło ani pozytywna myśl nie mają szansy się przebić. Byłam już w takim stanie, że gdy patrzyłam na czyjś uśmiech na ulicy czy w telewizji, to wydawało mi się to dziwne, z kosmosu. Nie rozumiałam, jak można się uśmiechać. Gdy było już bardzo źle i pojawił się w głowie wręcz pomysł zakończenia podróży zwanej życiem, przestraszyłam się i zaczęłam szukać pomocy. Zadzwoniłam do przyjaciółki, która zabrała mnie do zaprzyjaźnionej pani psychiatry. Dostałam leki, które oczywiście pomogły, ale zauważyłam, że jednocześnie, niemal natychmiast „wycięły” moją kreację. Zaczęłam więc szukać innych sposobów radzenia sobie z tym problemem niż farmakologia. Zintensyfikowałam terapię, pojechałam na ustawienia hellingerowskie, sięgnęłam po książki o tematyce rozwoju duchowego i emocjonalnego. I coraz lepiej zaczynałam rozumieć, że cierpimy, ponieważ nie żyjemy tu i teraz. Jeśli czujesz strach to żyjesz w przyszłości, jeśli złość, smutek, żal - to żyjesz w przeszłości. Ale żeby być tu i teraz, trzeba posprzątać, zwłaszcza w przeszłości. Oczywiście, czasami bywa to trudne, bo trzeba oderwać stary plaster naklejony na jątrzącą się emocjonalną ranę, oczyścić ją na żywca, ale tylko po to, by nam się ona pięknie zasklepiła, zagoiła i już więcej o sobie nie przypominała. To gra warta świeczki, warta każdej łzy. Lekkość duszy jaka przychodzi po takiej pracy jest skarbem, Świętym Graalem.

Tak mieszka Ula Kamińska

Tamten trudny czas spowodował, że zaczęłam medytować. Na początku skoncentrowałam się na oddechu- świadomy wdech i świadomy wydech, a potem zaczęłam sobie wyobrażać, że podróżuje we mnie świetlista kulka, która wyłapuje, zasysa rzeczy, które mi nie służą, rozświetlając moje ciało od środka. Medytacja cały czas we mnie ewoluowała.

Wyrzuciłam wtedy mięso z diety, które jest pełne kortyzolu. Zwierzę wie, że umrze, ono to czuje. Jego ciało jest pełne strachu. Jak mamy być spokojni, jeśli jemy mięso „zalane” kortyzolem?

Gdy tylko zostaną zniesione ograniczenia, związane z pandemią COVID-19, chciałbym zorganizować warsztaty dla kobiet w trakcie leczenia nowotworowego, żeby uczyć ich pozbywania się strachu i innych negatywnych myśli poprzez sztukę, tworzenie, kreatywność. Chcę im pokazać terapeutyczną moc obcowania z kolorami. Badania dr Kendry Ray pokazały, że 45-minutowy kontakt ze sztuką znacząco obniżył poziom kortyzolu u 75 proc. uczestników.

Wspomniałaś o pandemii, czy Tobie – jako malarce – mocno dała ona w kość?

Rok 2020 r. był dla mnie trudny, niekoniecznie przez pandemię. Był czasem mojej transformacji. Schowałam się w kokonie i wykonywałam dużą wewnętrzną, emocjonalną i duchową pracę. Potrzebowałąm tego, aby w pełni rozpostrzeć skrzydła. W całym 2020 r. namalowałam trzy obrazy. W tym roku mamy dopiero luty, a ja już kończę trzeci, także uważam, że udało mi się wykonać zadanie i opuścić kokon będąc w pełni swojej mocy.

Wszystko zależy od stanu emocjonalnego, choć rzeczywiście pandemię odczułam.

W styczniu 2020 r. zgłosiła się do mnie firma Vestfrost, która produkuje sprzęt AGD, z pytaniem czy mogłabym pomalować jedną z jej lodówek na aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Zgodziłam się – na lodówce namalowałam rakietę kosmiczną, świecące w ciemności gwiazdy. Następnie zaczęliśmy rozmawiać z Vestfrostem o całej kolekcji lodówek z naklejoną reprodukcją moich wybranych obrazów. Określiliśmy trzy kolory lodówek, dobraliśmy do nich pasujące dzieła. W międzyczasie okazało się, że lodówki Vestfost staną także w VIP Lounge na warszawskim Okęciu. Firma chciała, by pojawił się na nich Chopin. Zapytali czy namaluję. Zgodziłam się. Prawie kończyłam obraz, gdy wybuchła pandemia COVID-19, a lotniska zostały zamknięte. Chopin do tej pory wisi u mnie, ale pojedzie na Okęcie, gdy na dobre zostanie wznowiony ruch powietrzny. Taką lodówkę z Chopinem będzie można również kupić.

Muszę też przyznać, że w tych dziwnych czasach, poczułam jakby świat zwolnił do mojego tempa życia. Dzięki temu stał dla mnie bardziej zjadliwy (śmiech).

Ula i Chopin

Ludzie też się zmienili? Ich oczekiwania? Poczucie estetyki?

Ze względu na to, że ludzie częściej pracują teraz z domów, coraz większe znaczenie ma dla nich otoczenie. Klienci, którzy przychodzą do mnie po obrazy, albo reprodukcje, przyznają, że pusta ściana nie przeszkadzała im przez 10 lat, a teraz zaczęła. Chcieliby wejść rano do salonu i dostać zastrzyk kolorów, energii. A warto wiedzieć, że żółty pobudza przepływ krwi, podnosi na duchu, pobudza procesy analityczne i pomaga w rozjaśnieniu umysłu. Tworzy wrażenie radości i zabawy. Pomarańczowy to kreatywność, inspiracja, poza tym pobudza do rozmów, natomiast niebieski symbolizuje prawdomówność i szczerość. To dlatego policja używa tego koloru na mundurach, żeby wzbudzić zaufanie. To samo robią – kanały informacyjne, Facebook. Każdy z kolorów przynosi inną jakość do naszego życia. W sypialni warto postawić na błękit czy fiolet, który nas wycisza i relaksuje. Albo na szarość i biel, które nie będą nas dodatkowo bodźcować. Można też poprawić nastrój zapachem. Ja żongluję aromaterapią -  rano dom wypełniam zapachem bergamotki, grejpfruta, mięty, a więc rześkimi, żywymi zapachami. Natomiast wieczorem koję ciało i ducha lawendą, drzewem cedrowym, olejkiem z paczuli. Kolor i aromaterapia są naprawdę ważne, polecam się w nie zagłębić.

Pracownia i jej wyposażenie

Podczas naszej rozmowy telefonicznej wspomniałaś, że prowadzisz także warsztaty dla dzieci? Jak Ci się z nimi pracuje?

Bardzo to lubię i sama się od dzieci wiele uczę. Picasso powiedział: „Zajęło mi cztery lata, aby malować jak Rafael, ale uczyłem się całe życie, aby malować jak dziecko”. Dzieci mają to coś, czego ja poszukuję w moim działaniu - niczym nieskrępowaną zabawę malarstwem. Nie boją się tego robić, nie zastanawiają się, co kto powie o danym obrazie. Kiedyś podczas warsztatów łączyliśmy kolory, zapachy i kształty. Wręczałam dzieciom buteleczki z olejkami eterycznymi, ale zaklejałam opis. Prosiłam dzieci, żeby nie zgadywały co to za zapach, ale opisały go kolorem, kształtem, może dniem tygodnia, porą roku, albo miejscem, z którym im się on kojarzy. Dzieci poradziły sobie z tym zadaniem rewelacyjnie. Jedne zapachy były dla nich okrągłe, inne – mięciutkie, a jeszcze inne – kwaśne.  Po tym ćwiczeniu przyznały zaskoczone, że obrazy w mojej pracowni mogą teraz opisać zapachami. Połączyły dwa zmysły - wzrok i zapach - to było dla nich odkrywcze. Przyznaję, że dla mnie również

Twoja sztuka wspiera także chore dzieci

Tak, portret Tiny Turner jest zarezerwowany dla dziewczynki, chorej na SMA. Jeśli zostanie sprzedany, to całość kwoty zasili jej drogę do zdrowia. Od kilku lat całą sobą wspieram również Jadzię (@narownenogi). Uczę się od tych dzieci siły, odwagi, pozytywnego myślenia. Jadzia często powtarza: „Siła jest kobietą!” lub „Mogę wszystko!”.

Natomiast obraz, przedstawiający Szamankę chciałabym, aby wsparł kobiety, mierzące się z chorobą nowotworową, zwłaszcza piersi. Razem z redaktorem naczelnym CKM-u rozmawiamy z fundacją wspierającą kobiety w drodze do zdrowia. CKM niejednokrotnie przedstawiał kobiece piersi w różnym ujęciu. Chcemy przez tę aukcję zrehabilitować trochę te 21 lat pokazywania i w pewnym sensie uprzedmiotowiania kobiecego ciała. „Szamanka” była na okładce wakacyjnego wydania CKM w 2019 r.

Tina Turner

Ula, dowiedzieliśmy się sporo o Tobie i Twoich pracach, ale na pewno wiele osób będzie chciało jeszcze bliżej poznać Twoją twórczość, a być może także mieć Twoje dzieło w swoim domu. Gdzie można zobaczyć obrazy na sprzedaż? Przyjmujesz w tej chwili również indywidualne zamówienia?

Moje prace można zobaczyć na stronie internetowej: urszulaclarise.com albo na Instagramie @ula_clarise_art. Jeśli chodzi o indywidualne życzenia, to w ten właśnie sposób powstał ostatnio George Lucas, reżyser "Gwiezdnych Wojen". Klient, który go zamówił, powiedział, że ma w życiu dwóch idoli, jednym jest George Lucas, a drugim ja. Spąsowiałam, bo było to bardzo miłe i nobilitujące, ale i też zawstydzające. Tworzenie George’a Lucasa to była bardzo „nieziemska” podróż - istne wewnętrzne „star wars”.

Artykuły, które mogą Cię zainteresować