Wszystko na jedną kartę [W gościach]

Dla Lidii i Jej rodziny przeprowadzka za Ocean była skokiem na głęboką wodę. Nie mieli pracy, mieszkania, auta, ale mieli upór i odwagę, dzięki którym mogą teraz odcinać kupony.

Lidia z rodziną

Karolina Polacka: Amerykańskie domy znam tylko z filmów – nieogrodzone, z dużym terenem zielonym od frontu i kimś, kto akurat kosi trawnik. Tak rzeczywiście jest?

Lidia Mireles: Dokładnie! Nie mamy płotów, co pamiętam, że zaskoczyło bardzo moją mamę, gdy przyleciała do nas w odwiedziny.

Jeśli chodzi o trawniki, to rzeczywiście Amerykanie są bardzo wyczuleni na ich punkcie i szczególnie o nie dbają. Najczęściej właśnie po ścięciu trawnika widać, gdzie przebiega granica między posesjami.

Koszenie to tutaj konieczność. Gdy kupiliśmy dom, dostaliśmy od teściów w prezencie kosiarkę-traktorek. Ogromnie się przydaje.

Jak trafiłaś do USA?

To dłuższa historia - będąc studentką, wyjechałam na wakacje do USA, a konkretnie do Norwich w stanie Connecticut. Był to wyjazd w ramach programu Work & Travel - pracowałam w kasynie, w strefie gastronomicznej. Pracował tu także mój obecny mąż - Joseph. Spędziliśmy razem bardzo fajne trzy miesiące. Przyznaję, że nie sądziłam wtedy, że ta wakacyjna znajomość może się rozwinąć w coś poważniejszego. Jednak po moim powrocie do Polski, wciąż utrzymywaliśmy kontakt, aż do kolejnych wakacji, które ponownie spędziłam w Stanach, pracując w kasynie. Tym razem byłam krupierką, rozdawałam karty, głównie blackjacka. Dla biednego studenta z Polski było to mega atrakcyjne zajęcie - zarabiało się 20 dolarów na godzinę.

Spędziliśmy z Josephem kolejne miesiące razem, jednak gdy dobiegły one końca, musieliśmy zdecydować co dalej. Gdy Joseph zapytał mnie, czy przyjadę znów do Ameryki, odparłam, że nie mam już takiej możliwości. Wtedy powiedział: w takim razie ja przyjadę do Polski.

Nie spodziewałam się tego kompletnie, ponieważ był to zupełnie odwrotny kierunek migracji. Jednak jak postanowił, tak zrobił. Zamieszkaliśmy razem, wzięliśmy ślub. Najpierw urodziła się nam jedna córeczka, potem synek. Mieszkaliśmy w Warszawie 8 lat.

Wycieczka do Nowego Jorku

Joseph szybko odnalazł się w Polsce?

Na początku przeżył szok kulturowy. Wcześniej mieszkał w domu z dużym podwórkiem. Nie był przyzwyczajony do tłumów, tramwajów, korków.

Przede wszystkim męczyło go jednak to, że nie znając dobrze języka, nie mógł zbyt wiele w Polsce zrobić. Oczywiście sporo rozumiał i był w stanie prowadzić proste rozmowy, ale gdy np. coś się popsuło w domu czy trzeba było coś załatwić w urzędzie - musiał polegać na mnie.

Poza tym, gdy lataliśmy do USA w odwiedzimy do Jego rodziców, widziałam, że tęskni za swoim krajem. Polską trochę się zmęczył. Ja za to byłam otwarta na zmiany. Decydując się na ślub z Amerykaninem, wiedziałam, że prędzej czy później temat powrotu do Ameryki wypłynie. I szczerze mówiąc myślałam, że stanie się to dużo wcześniej (śmiech).

Zrobiliśmy więc wielkie sprzątanie – trzeba było część rzeczy powyrzucać, część – sprzedać. Stawiliśmy się na lotnisku z dwójką dziećmi, kotem i pięcioma walizkami. I wystartowaliśmy.

Sam moment przeprowadzki wybraliśmy strategicznie. Nasz synek miał wtedy zaledwie cztery miesiące i chcieliśmy skorzystać z dobrodziejstwa, jakim w Polsce jest długi urlop macierzyński. Pod tym względem polska rzeczywistość - w porównaniu do amerykańskiej – jest luksusem. 

W Stanach poród daje podstawę do sześciotygodniowego short-term disability [krótkoterminowa niezdolność do pracy - red.] W tym okresie można dostać wynagrodzenie z ubezpieczenia zdrowotnego, później już nie. Dlatego właśnie dużo matek decyduje się na powrót do pracy już po sześciu tygodniach, bo inaczej zostają bez wynagrodzenia.

Aż ciężko mi to sobie wyobrazić. I co potem? Niania? Żłobek?

Albo kobiety zostają w domu dłużej albo oddają dziecko do żłobka – grupy zaczynają się już od szóstego tygodnia. Rodzice przywożą maleństwa w nosidełkach i zostawiają często na długie godziny. Myślę, że to trudne dla każdej matki i nie umiem sobie tego wyobrazić, bo nasze dzieci poszły do przedszkola mając trzy latka.

Niagara

Z jednej strony nie jechaliście w nieznane, bo w rodzinne strony Twojego męża. Z drugiej – zrezygnowałaś z pracy w Polsce i przeniosłaś się 6 tysięcy kilometrów od bliskich. Udało Wam się szybko zadomowić w nowym miejscu?

Tak naprawdę musieliśmy zaczynać tu wszystko od zera. Nie mieliśmy amerykańskiego doświadczenia zawodowego. Nie wiedziałam też czy ktokolwiek będzie patrzył na moje CV z polskim wykształceniem.

Naszym największym problemem było jednak to, że nie mieliśmy dotychczas stałego adresu w USA, używanej na bieżąco karty kredytowej czy zaciągniętych kredytów na studia – i przez to po prostu nie istnieliśmy w papierach.

W takim przypadku nie da się tu dostać  kredytu na dom czy samochód. Z kolei żyjąc na przedmieściach, bez auta nie da się zrobić praktycznie nic. Nie można nawet dotrzeć do sklepu – tu w ogóle nie ma chodników.

Na szczęście od rodziców męża otrzymaliśmy stary samochód. Ja w międzyczasie dostałam pracę w finansach, a więc w zawodzie, co mnie bardzo ucieszyło. Przez kilka tygodni mąż odwoził mnie do biura autem  – z całą rodziną na pokładzie. I potem – oczywiście znów całą rodziną - po mnie przyjeżdżał (śmiech). Po jakimś czasie - przy pomocy teściów udało nam się uzyskać kredyt i kupiliśmy drugi samochód.

Wtedy wszystko powoli zaczęło się układać. I powoli zaczęliśmy się też rozglądać za domem do kupna.

Lidia w Miami Beach

Na Zachodzie Europy, choćby w Niemczech wynajem jest bardzo popularny. Niewiele osób ma nieruchomości na własność. W Stanach jest odwrotnie?

Tak, bardzo mało osób wynajmuje tu nieruchomości – najczęściej tylko ci, którzy przyjechali tu np. na roczny kontrakt albo po prostu ludzie, których nie stać na coś swojego.

W Stanach własny dom uchodzi za inwestycję życia. My też chcieliśmy mieć swój, choć ceny nie są niskie.

Dom o powierzchni 100-150 mkw. –  można kupić za 200 tys. dolarów. A większy – 250 mkw. – za około 400 tys. dolarów. Nasz jest z segmentu middle class. Kupiliśmy go 3,5 roku i jesteśmy  z niego bardzo zadowoleni. Mieszkamy w 15-tysięcznej osadzie Tolland w stanie Connecticut.  

Lidia z dziećmi

Jak urządzają się Amerykanie - samodzielnie czy z pomocą dekoratorów wnętrz?

Raczej samodzielnie – o ile nie jest to rezydencja z najwyższej półki. W USA w ogóle popularne jest podejście DIY [do it yourself, zrób to sam - red.] Ludzie próbują dużo rzeczy robić na własną rękę - szlifują, lakierują. Usługi kosztują sporo i jeśli można podejrzeć coś na youtubie i zastosować w praktyce, to czemu nie.

Ostatni rok był trudy dla całego świata. Jak Amerykanie radzili sobie z pandemią?

Największym problemem w okolicach marca-kwietnia zeszłego roku był brak maseczek. Brakowało ich nawet w szpitalach i ośrodkach leczniczych. W Stanach bardzo popularne są też domy spokojnej starości i w nich śmiertelność była ogromna.

W ogóle z pandemią wiąże się pewna wzruszająca historia. Gdy mój mąż mieszkał w Polsce pracował jako native speaker. Tym samym zajmował się po przyjeździe do USA, tyle, że robił to on-line, a Jego uczniami były dzieci z Chin.

Gdy problem z brakiem zabezpieczeń przed COVID-19 stawał się coraz poważniejszy, niespodziewanie dostaliśmy dwie paczki z Chin. Było w nich około 300 maseczek. Dołączono też karteczkę, na której ktoś łamaną angielszczyzną napisał, abyśmy o siebie dbali i byli ostrożni. Okazało się, że nadawcą przesyłek był jeden z uczniów męża. To było naprawdę wzruszające i zbiegło się w czasie z apelem o pomoc, zamieszczonym na Facebooku przez naszą koleżankę, która pracuje w domu spokojnej starości. Doszliśmy do wniosku, że i tak bardzo mało wychodzimy z domu, więc przekażemy te maseczki tym, którzy bardziej ich potrzebują. Mąż zawiózł je koleżance, zostawił pod drzwiami, zadzwonił dzwonkiem i odjechał.

Za czym tęsknisz najbardziej?

Na rodziną i przyjaciółmi. Amerykanie są dla siebie bardzo mili – pozdrawiają się na ulicy i pytają o samopoczucie. Ale poznać kogoś bliżej i się z nim zaprzyjaźnić jest dużo trudniej.

Nowy Jork

A polskie smakołyki?

Za nimi nie tęsknię, bo można je tu bez problemu dostać. Jest nawet niedaleko nas miejscowość New Britain, w której mieszka 15 tys. Polaków. Znajduje się tam nawet dzielnica Little Poland, pełna polskich marketów. Kiedyś weszłam do jednego z nich – pierwsze co usłyszałam to rozmowy po polsku i muzyka disco polo (śmiech).

Kiedy wpadniesz do Polski?

Mamy zarezerwowane bilety na koniec czerwca. Jospeh zostaje w domu, a ja lecę z dziećmi na trzy tygodnie. Ma to też związek z pracą - dni urlopowych jest tu mniej niż w Polsce i przyjęło się, że dwa tygodnie wolnego ciągiem to trochę nadużycie. Dlatego tydzień będę na urlopie, potem tydzień będę pracować z Polski, a potem znów będę odpoczywać.

Zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego Lidii Mireles.

Artykuły, które mogą Cię zainteresować

500 sekund o rynku nieruchomości #3 – luty 2021

O kredytach hipotecznych, większej dostępności finansowania zakupu mieszkań! O wyprowadzce poza miasto i o ekologii na mieszkanie.pl Świat nieruchomości w podsumowaniu miesięcznym, wspólnie z Fiat