Świat na wyciągnięcie ręki [W gościach]

Agnieszka ze swoją rodziną mieszkała już w niejednym kraju. Nam opowiada, jak to jest wystąpić w bostońskiej filharmonii, na czym polega uniwersytecki duch Cambrigde i dlaczego w norweskich oknach nie wiesza się firanek.

Agnieszka, Zbyszek i Staś

Karolina Polacka: Gdy po raz pierwszy o Was usłyszałam, pomyślałam, że musicie być szalenie ciekawymi ludźmi, którzy ani trochę nie boją się wyzwań. W ilu krajach już mieszkaliście?

Agnieszka Magdziarz: Nasza przygoda z pomieszkiwaniem za granicą zaczęła się tak naprawdę wiele lat temu, gdy jeszcze nie byliśmy małżeństwem. Po ukończeniu studiów chemicznych, przez rok mieszkałam w Cordobie – najgorętszym mieście w hiszpańskiej Andaluzji. To był wyjazd w ramach programu Leonardo da Vinci, kierowanego do absolwentów, zainteresowanych odbyciem praktyk za granicą. Za Hiszpanią i jej kulturą tęsknię - zawsze. I nie mam wątpliwości, że prędzej czy później wrócę tam na dłużej.

Mój mąż mieszkał natomiast poza Polską znacznie dłużej, bo łącznie 12 lat. Najpierw wyjechał na studia magisterskie do Linköping – stutysięcznego miasta w Szwecji, o którym słyszeli na pewno starsi fani żużla. Później mieszkał w hrabstwie Surrey w Wielkiej Brytanii, gdzie do południa studiował fizykę, a wieczorami pracował w indyjskiej restauracji o wdzięcznej nazwie „Golden Triangle”. Z kolei do Norwegii przyciągnęła go możliwość odbycia studiów doktoranckich. Trondheim, w którym mieszkał sześć lat stało się jego drugim domem, a przyjaźnie z tego okresu trwają do dziś. Do Polski wrócił w 2013 r.  

Wszystkie nasze dotychczasowe wyjazdy były więc związane albo z pracą albo ze studiami. Tak samo było w przypadku naszej podróży do USA w 2018 r. Choć tym razem wyjechaliśmy już jako rodzina, z dwuletnim synkiem.

Przeprowadzka do Stanów była podyktowana tym, że mąż otrzymał stypendium Polsko-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta, które realizował na Uniwersytecie Harvarda w Cambridge.

Nigdy wcześniej nie byłam w USA, więc wyjazd ten był dla mnie wielką przygodą.

Cambridge

Jakie jest Cambridge?

Fantastyczne! Mieszczą się tutaj najbardziej prestiżowe uczelnie na świecie, wiele renomowanych instytutów naukowych oraz dziesiątki startupów. To sprawia, że do Cambridge przyjeżdża mnóstwo wyjątkowych osób z całego świata. Jednak pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę po przyjeździe było to, że miasto ma doskonale rozbudowaną infrastrukturę dla dzieci. Wiele dobrze zaprojektowanych placów zabaw. Każdy jest inny, a wiele z nich posiada natryski, które są największą atrakcją podczas upalnego lata. W dużej bibliotece miejskiej można zarówno pobawić się jak i poczytać dzieciom książki w specjalnie zaprojektowanej sali "Ciekawskiego Georga" (to seria książek, którą zna chyba każde amerykańskie dziecko).

Cambridge sąsiaduje z Bostonem. Wystarczy przeprawić się przez rzekę. Jeśli więc ma się potrzebę pobycia w wielkiej metropolii to taka możliwość jest na wyciągnięcie ręki. Sam przejazd metrem stanowi atrakcję, bo jest to pierwsze metro, wybudowane w Stanach Zjednoczonych.

Jeszcze przed wyjazdem słyszeliśmy opinie, że Boston spośród wszystkich amerykańskich miast jest najbardziej „europejski”. I chyba rzeczywiście tak jest, od samego początku czułam się w nim dobrze. Duże wrażenie zrobiła na mnie stara zabudowa miejska, piękne kamienice z cegły w stylu wiktoriańskim, które ciągną się wzdłuż ulic w dzielnicy Back Bay. Boston to piękne, tętniące życiem miasto, które łączy w sobie nowoczesność i historię.

Ktoś kiedyś zapytał mojego męża: "jak Ci się mieszkało w Cambridge?" Odpowiedział, że wspaniale, bo po jednej stronie rzeki miał urokliwy Toruń, a po drugiej dynamiczną Warszawę.

Staś na Harvardzie

Rzeczywiście jest tak, że w Cambridge na każdym kroku czuć uniwersyteckiego ducha?

Ogólnie cała aglomeracja Cambridge-Boston ma charakter uniwersytecki. Jest tam kilka uczelni, w tym te dwie najbardziej znane Harvard i MIT. Na Harvardzie wszystko jest zorganizowane dla naukowców i studentów. Na przykład, między kampusami i akademikami kursują autobusy, które rozwożą studentów na zajęcia, podczas przeprowadzek do akademików uczelniane służby policyjne organizują ruch samochodowy, aby wszystko przebiegało sprawnie, a kiedy przychodzi czas wręczania dyplomów, studenci i ich rodziny na kilka dni dosłownie opanowują miasto. Warunki do tego, by się uczyć i nawiązywać kontakty są doskonałe, a słowa, które to miejsce definiują to: „busy” i „networking”.

Można je odnieść także do rodzin stypendystów?

Jak najbardziej, ponieważ na Harvardzie działa inicjatywa uniwersytecka, znana jako Graduate Commons Programme (GCP). Jej głównym celem jest zintegrowanie naukowców z różnych stron świata i ich rodzin. Dzięki programowi mogliśmy brać udział w różnych eventach. To były wydarzenia nastawione na rodziny z dziećmi i obejmowały wycieczki np. do zoo czy mini Legolandu. Było też dużo zajęć manualnych - podczas których dzieci robiły kartki walentynkowe czy świąteczne, sportowych - np. wyjście do kręgielni, a także zabaw o charakterze edukacyjnym - np. poznawanie życia gadów, zorganizowane w Muzeum Nauki.

Wiele wydarzeń przygotowano także dla dorosłych. Był Bal Walentynkowy, nauka salsy, wyjścia na koncerty i do teatru, albo wspólne oglądanie finału Super Bowl. Świętowaliśmy nawet perski Nowy Rok.

Z okazji Święta Dziękczynienia GCP zorganizowało natomiast obiad na około 30 osób. Braliśmy udział w krojeniu indyka, mogliśmy się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o amerykańskiej kulturze i genezie tego święta.

Były też zajęcia sportowe, podczas których spróbowałam akrojogi. Już na pierwszych zajęciach przekonałam się, że nie trzeba być osiłkiem, aby utrzymać na rękach i nogach drugą osobę.

Ekscytujące były dla nas także spotkania „przy kominku” ze znanymi osobami świata nauki i kultury, które również odbywały się cyklicznie.

Co ciekawe, wydarzenia organizowane przez GCP były albo darmowe albo można było wziąć w nich udział za bardzo symboliczną opłatą, np. 5-10 dolarów.

Atrakcje były więc dostępne także dla tych, którzy nie pracują. Bo najczęściej tak właśnie jest, że osoba towarzysząca stypendyście nie zarabia, co wynika przede wszystkim z kwestii organizacyjnych i wizowych. Sama, by uzyskać pozwolenie na pracę w USA czekałam cztery miesiące. Następnie, by znaleźć zatrudnienie też trzeba się uzbroić w cierpliwość. Tymczasem wyjazd jest na czas określony i można się ze wszystkim po prostu nie wyrobić.

Boston

Udało Wam się nawiązać wiele znajomości?

Całe mnóstwo i byli to naprawdę fantastyczni ludzie! Bardzo przyjaźnie nastawieni i otwarci. Zdarzało się, że wychodziłam z synem na plac zabaw i wracałam z trzema numerami telefonów.

Nawiązywaniu kontaktów sprzyjała też inna inicjatywa wolontariacka - Harvard Neighbours, w ramach której można było bezpłatnie zapisać się do klubów językowych, dyskusyjnych czy artystycznych. Organizowano także spotkania z okazji różnych świąt, podczas których można było się wiele dowiedzieć o tradycjach, panujących w różnych krajach. Spotkania te odbywały się zawsze przy suto zastawionym stole.

Ja, dzięki Harvard Neighbours szlifowałam moją znajmość języków, a także śpiewałam w chórze damskim Harvard-MIT. Na jednej z prób chóru, dowiedziałam się przypadkiem, że przy jednej z firm farmaceutycznych działa orkiestra, a tak się składa, że od wielu lat gram hobbystycznie na skrzypcach. Zgłosiłam się więc do niej i powiedziałam, ze chciałabym grać, ale niestety nie przywiozłam ze sobą skrzypiec. W ciągu zaledwie kilku dni ktoś z orkiestry pożyczył mi instrument, który był najlepszym, na jakim dotychczas grałam. Dzięki temu mogłam uczestniczyć w próbach i na krótko przed wyjazdem wystąpić wraz z orkiestrą  w bostońskiej filharmonii, co było dla mnie dużym przeżyciem.

Rok, który spędziliśmy w Stanach był bardzo intensywny, tam się po prostu nie dało nudzić.

amerykański plac zabaw

A gdzie mieszkaliście?

Jeśli chodzi o zakwaterowanie, to baza mieszkaniowa na Uniwersytecie w Cambridge jest duża, tak samo jak ruch -  każdego roku setki ludzi przyjeżdża tu i wyjeżdża. Jedni spędzają w mieście rok, inni - dwa lata, a jeszcze inni - pięć. 

My jednak mieliśmy pewne problemy z zakwaterowaniem, co wynikało z naszej niewiedzy. Co roku, w maju ruszają zapisy on-line dla ubiegających się o mieszkanie na wynajem. Ze względu na to, że planowaliśmy przyjazd dopiero w końcówce sierpnia, pomyśleliśmy, że znajdziemy coś na miejscu. Ale niestety, zdziwiliśmy się. Ofert w tym czasie już praktycznie nie było.

Na początku udało nam się wynająć na trzy tygodnie mieszkanie od jednej z rodzin, która akurat w tym czasie wyjechała do Europy. Niestety, gdy powrócili do Stanów, my wciąż nie mieliśmy mieszkania. 

Te tygodnie to był olbrzymi stres. Jedną z niewielu możliwości było zakwaterowanie w hotelu, które w tamtym czasie pękały w szwach, a stawki za noc były horrendalne.

O tym, że szukamy mieszkania napomknęliśmy poznanemu na placu zabaw Amerykaninowi. Okazało się, że jego znajomi mają dom, który będą remontować i możemy tam pomieszkać przez dwa dni. Zorganizował nam nawet materac, więc przez chwilę mieszkaliśmy jak squattersi. Po tej przygodzie, na szczęście szybko znaleźliśmy mieszkanie, które wynajmowaliśmy już do końca naszego pobytu w USA.

Udało Wam się pojeździć trochę po Stanach?

Dzięki eventom, organizowanym przez GCP, praktycznie wszystkie weekendy mieliśmy zajęte, ale zrobiliśmy sobie kilka wycieczek, głównie do rodziny i znajomych. W święta Bożego Narodzenia odwiedziliśmy np. moją rodzinę, która wiele lat temu wyemigrowała do Chicago. Kilka razy wybraliśmy się też do niewielkiego Tolland w sąsiednim stanie Connecticut, gdzie mieszka moja koleżanka, z którą znamy się z zespołu folklorystycznego.  

Przed powrotem do Polski zrobiliśmy mały tour po wschodnim wybrzeżu: krótkie wakacje na Cape Cod, następnie intensywne dwa dni w Nowym Jorku, po drodze zwiedziliśmy Uniwersytet w Princeton, aż dotarliśmy do Filadelfii i Waszyngtonu.

Sama zrobiłam sobie poza tym wycieczkę do San Francisco, gdzie spotkałam się z koleżanką, która przyleciała tu z Australii. Niestety, był to czas wielkich pożarów w Kalifornii, o czym dowiedziałyśmy się dopiero na miejscu. Przez weekend udało nam się zwiedzić miasto, choć powietrze było rzeczywiście fatalne. Jestem przewrażliwiona na punkcie smogu. Od czasu gdy urodził się nasz syn, niemal obsesyjnie sprawdzam stan zanieczyszczenia powietrza (śmiech).

San Francisco w smogu

W Norwegii możesz być chyba o to spokojna?

Zdecydowanie tak, chociaż zdarzyło się kilka zimowych, bezwietrznych wieczorów, kiedy czuć było intensywny zapach palonego drewna w powietrzu. Kominki są standardowym wyposażeniem domów w Norwegii, a że mieszkamy aktualnie w małej miejscowości pod Oslo, otoczeni domami, smog dopadł nas na chwilę nawet w Norwegii (śmiech).

Jak Wam się mieszka w tym kraju? Po powrocie ze Stanów, wpadliście do Polski trochę jak po ogień. Kolejna przeprowadzka była planowana czy tak po prostu wyszło?

Wróciliśmy do Polski rzeczywiście tylko na rok. W trakcie tego roku pojawiła się kolejna szansa zawodowa mojego męża, tym razem w Norwegii, stąd szybka decyzja o kolejnym wyjeździe.

Jesteśmy tu dopiero kilka miesięcy i tak naprawdę – przez pandemię COVID-19 – nie zdążyliśmy jeszcze zbyt dobrze poznać Norwegii. Korzystamy jednak tyle, na ile się da. Zima dostarczyła nam wielu atrakcji. Przez kilka tygodni zjeżdżanie na sankach stało się codzienną rutyną, a nawet udało się pospacerować po fiordzie. Tu, gdzie mieszkamy jest dużo tras turystycznych, teren jest górzysty, więc o relaks na łonie natury nietrudno.

Norwegia w śniegu

Widzę za Twoimi plecami okno i tak się zastanawiam, czy je zasłaniacie? Ze swojej podróży do Oslo pamiętam, że po zmroku można było bez problemu zajrzeć każdemu do mieszkania, nikt się nie zasłaniał…

Rzeczywiście tak jest. Większość Norwegów wieczorami nie zasłania okien. Chyba nie widziałam w oknach firanek... Konieczne są natomiast grube zasłony w sypialni. Zdecydowanie ułatwiają zasypianie podczas długich, letnich dni i krótkich nocy.

Dom w Norwegii

Wspomniałaś, że przez pandemię nie zdążyliście jeszcze wystarczająco poznać Norwegii. Jakie obowiązują u Was obostrzenia?

W Norwegii duże możliwości decyzyjne mają władze lokalne i rodzaj obostrzeń zależy w dużej mierze od liczby zakażeń w danym regionie. W ostatnim czasie – ze względu na pojawienie się brytyjskiej odmiany COVID – 19 - zasady funkcjonowania w życiu publicznym zdecydowanie zaostrzyły się. Zamknięte zostały sklepy, a restauracje i kawiarnie sprzedają jedzenie tylko na wynos. Nie działają też obiekty kulturalne i sportowe, a starsze dzieci uczą się teraz zdalnie. 

W Norwegii priorytetem są jednak dzieci i władze starają się, by jak najmniej utrudnić im życie, dlatego szkoły i przedszkola były dotychczas otwarte. Nie zamykano też tutaj lasów czy stoków narciarskich. Co ciekawe, w Oslo metrem można dojechać na stok. Kiedyś czekając na metro w centrum miasta widziałam mnóstwo osób z nartami w ręku i zastanawiałam się, o co chodzi (śmiech).

Norwegia

Jak długo planujecie zostać w Norwegii?

Nasz pobyt tutaj jest ściśle związany z pracą, więc na pewno jeszcze przez kilka miesięcy. Czy jeszcze kiedyś praca "wygna" nas poza granice Polski, zobaczymy (śmiech). Trochę zaczyna nas też „limitować” wiek naszego syna, który teraz ma pięć lat. W tym roku i następnym będzie chodził jeszcze do przedszkola, ale później zaczyna się szkoła. To dla nas chyba taki deadline, by podjąć decyzję, gdzie ostatecznie zamieszkamy.

Zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego Agnieszki Magdziarz 

Artykuły, które mogą Cię zainteresować