Spod namiotu do kampera - i w drogę! [W gościach]

Z wykształcenia - ekonomista, prywatnie - tata trójki dzieci, miłośnik Fiatów i podróży kamperem. W tym ostatnim Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments realizuje się od roku - wraz z rodziną objechał już kawał Polski, a to dopiero początek

Bartosz Turek w swoim kamperze

Karolina Polacka: Minął rok odkąd zostałeś szczęśliwym właścicielem kampera. Ostatnie miesiące nie sprzyjały wprawdzie dalekim podróżom, ale mam nadzieję, że udało Wam się już przetestować nowy nabytek?

Bartosz Turek: Tak, został sprawdzony! Byliśmy nim całą rodziną w Beskidzie Niskim, Bałtowie, Sandomierzu, Mielnie, Rymanowie Zdroju. Robiliśmy sobie też krótkie wypady weekendowe.

Oczywiście wiem, że zakup starego, mocno zużytego kampera, który wymaga opieki i miłości od właściciela to rozwiązanie mniej luksusowe niż wynajem nowoczesnego pojazdu, w którym wszystko masz pod ręką, a firma wynajmująca gwarantuje ci, że jeśli coś pójdzie nie tak, to oni ci pomogą.

Ta druga opcja jest bez wątpienia prostsza, ale – w moim przypadku - niekonieczne uzasadniona ekonomicznie. Inna sprawa, że ja nie lubię prostych rozwiązań (śmiech).

Co to dokładnie za auto i skąd w ogóle pomysł na kampera?

To Fiat Ducato z 1988 r, a o jego zakupie zadecydował splot kilku czynników – po części - miłość do marki, po części - sąsiad z bloku, który mnie zaraził fascynacją kamperami, a po części – czysta kalkulacja.

Rok przed zakupem tego samochodu, wyjechałem z żoną i trójką dzieci do Estonii. Specjalnie na ten wyjazd kupiliśmy ogromny namiot o powierzchni około 20 metrów kwadratowych. W środku byliśmy nawet w stanie rozłożyć dwa mniejsze namioty, które służyły jako sypialnie i jeszcze zostawało miejsce, żeby spokojnie zjeść i zostawić bagaże.

Pojeździliśmy wtedy trochę po kraju - byliśmy w Tallinie, estońskich lasach, nad morzem i jeziorami. Naszym problemem było jednak to, że gdy rano postanawialiśmy, że się gdzieś ruszamy, to „zebranie się” zabierało nam kilka dobrych godzin. Trzeba było spakować rzeczy dzieci, zwinąć namiot, wyczyścić podłogę, żeby nic nie zgniło, a jeśli w międzyczasie popadał deszcz – poczekać, żeby wszystko wyschło. Od zawsze wyjazdy „na dziko” jak najbardziej nam odpowiadały, ale z dziećmi było przy tym znacznie więcej zachodu. Nie chcieliśmy rezygnować z takiego podróżowania. Trzeba było wymyślić coś, aby nie tracić za dużo czasu.

I wtedy sąsiad z bloku zwierzył mi się ze swojego marzenia o kamperze. Nawiasem mówiąc, wcześniej to on pokazał mi też namiot w kształcie indiańskiego tipi, który później dzielnie służył nam w Estonii. Od razu pomyśleliśmy, że fajnie byłoby mieć kampera, zwłaszcza, że na wyposażeniu takiego pojazdu przeważnie jest lodówka. Bardzo nam jej brakowało, szczególnie latem, gdy potrzebowaliśmy przechować jakieś produkty dla dzieci – np. jogurty, czy świeże mleko.

Bartosz Turek w kamperze

Jesteś analitykiem, więc pewnie najpierw wszystko przekalkulowałeś?

Na początek policzyłem dokładnie, ile by nas kosztowało wypożyczenie kampera i fotelików dla dzieci np. na trzytygodniowy urlop w Szkocji. Kiedy dodałem do tego ceny biletów lotniczych i benzynę to doszedłem do wniosku, że chyba musiałbym wziąć na ten cel dodatkowy kredyt hipoteczny (śmiech).

Nie pomogło, gdy sprawdziłem, ile kosztowałby taki wypad, gdybyśmy wynajęli auto w Polsce i pojechali nim do Szkocji. Tak czy inaczej, wychodziło co najmniej kilkanaście tysięcy złotych. Choć bardziej bałem się, że koszt w rzeczywistości znacznie przekroczy 20 tysięcy i chodzi tu tylko o wydatki na pojazd, paliwo i promy. A do tego ciągle bałbym się, że coś porysujemy, zachlapiemy, połamiemy czy urwiemy. Wtedy koszty mogłyby jeszcze bardziej wzrosnąć. Jakbym nie liczył wyszło, że za te pieniądze mogę sobie kupić starego kampera i wtedy gdy ja lub dzieci coś zepsujemy, to nie będzie aż tak szkoda.

Poza tym, nawet gdyby - w najgorszym przypadku – gdzieś po drodze pojazd się „rozkraczył”, a naprawa czy laweta kosztowałyby tyle, że bardziej opłacałoby się go zezłomować, to trudno. Efekt będzie taki sam, bo gdybym wynajął kampera – pojechał nim na wakacje i wrócił, to na koniec dnia i tak nie mam kampera (śmiech).

Szukanie zasięgu

Gdyby przyszło mi szukać takiego starego auta to chyba zaczęłabym od tych najpopularniejszych stron z ogłoszeniami. Tam go znalazłeś?

Ja szukałem dość nietypowo, bo nie w ogłoszeniach, a na forum miłośników turystyki kamperowej - Camperteam.

Właściciel musiał pozbyć się kampera, ponieważ planował kupić nieruchomość i potrzebował pieniędzy. Nawet wspominał, że gdyby ten kamper mi się znudził - za rok czy dwa – to on chętnie go odkupi.

W ogóle społeczność miłośników kamperów jest niezwykle życzliwa i pomocna. Kiedyś miałem taką sytuację, że w nocy zaczęło padać i zauważyłem, że przecieka mi okno. Zapytałem na forum, co w takiej sytuacji najlepiej zrobić. Mimo późnej godziny – a było około północy – niemal natychmiast otrzymałem mnóstwo pomocnych odpowiedzi. Poza tym, członkowie forum nie tylko służą radą, ale nawet zdarza się, że zapraszają właściciela uszkodzonego auta do siebie do domu i potrafią pomóc w naprawie.

Powiem szczerze, że bardzo pozytywnie zaskoczył mnie etos panujący wśród właścicieli kamperów czy przyczep kempingowych. Są to przeważnie bardzo mili, pomocni i otwarci ludzie. Pozytywną atmosferę buduje chociażby to, że jak kierowca kampera spotyka innego właściciela takiego pojazdu w trasie, to się pozdrawiają. W ogóle pierwszy raz z życzliwością tej społeczności zetknąłem się, gdy wyjechałem z żoną na miesiąc miodowy na północny kraniec Szkocji. Okazało się, że nasza klasyczna polska przyczepa (Niewiadów N126) podczas deszczu zaczęła przeciekać. Postanowiłem ratować sytuację i wyskoczyłem walczyć z uszczelniaczem w ręku. Momentalnie pojawili się po prostu znikąd dwaj inni urlopowicze gotowi do pomocy, pomimo nocy i deszczu.

W ogóle wyjazd ten był trochę szalony, bo kilkunastoletnim Fiatem Punto z silnikiem 1,2 litra, o mocy 60 koni mechanicznych ciągnęliśmy za sobą przyczepę kempingową. Wzbudzaliśmy niesamowite zainteresowanie na polach kempingowych, parkingach czy tym bardziej na brytyjskiej autostradzie, gdzie mnóstwo ludzi nas pozdrawiało. Pamiętam, że wszyscy, których tam poznaliśmy byli niezwykle sympatyczni i pomocni, podobnie jak uczestnicy naszego rodzimego kamperowego forum. Na wszelki wypadek dodam – bo wiele osób mnie o to pyta - w samym aucie, które pokonało z nielichym obciążeniem 8-9 tys. kilometrów usterek nie stwierdziłem. Tylko raz przepaliła się jedna żarówka, ale kupiłem taką za grosze na napotkanej stacji benzynowej i w parę minut wymieniłem.

Kamper w drodze

Wróćmy jednak do Twojego kampera. Samochód jest z 1988 roku, czyli można powiedzieć – ma swoje lata. Dużo musiałeś w nim zmieniać, naprawiać?

Był bardzo zadbany, nawet tapicerki były dopiero co wymieniane. Mimo tego, musiałem go trochę uszczelnić, zamontowałem dodatkowy akumulator i wymieniłem opony, bo tym, które miałem, znacznie bliżej było już do pełnoletności niż do nowości. Co roku przed sezonem odwożę go też do mechanika. Mam w planach dorobić jeszcze dodatkową wentylację, bo latem jest za gorąco. Zastanawiam się też nad tym, aby czerpać energię elektryczną nie tylko ze słońca, ale też z wiatru. Prawda jest taka, że w takich autach zawsze można coś jeszcze ulepszyć. To jest chyba nieodzowny element tego hobby.

Oczywiście na etapie użytkowania ciągle pojawiają się jakieś drobne usterki i coś trzeba poprawiać – np. uszczelnić pompę wody czy syfon w zlewie. W trakcie wycieczki wymieniałem też lampy przednie, bo stare się rozpadły. Bez zestawu narzędzi, taśmy klejącej, masy uszczelniającej i jakichś klejów nie ruszam się z parkingu.

Ale prawda jest taka, że od początku wiedziałem, że mając starego kampera będę musiał przy nim pomajsterkować. A ja to lubię. Poza tym, to też fajna okazja, by spędzić czas z synem i zrobić coś wspólnie np. zainstalować akumulator, coś wymienić, czy naprawić urwaną rączkę od szafki. W sumie córki też lubią ze mną majsterkować (śmiech).

W ogóle, gdy dzieci zobaczyły tego kampera to się w nim zakochały i chciały w nim zamieszkać na stałe.

Fiat Bartosza Turka

Te drobne naprawy to w Twoim przypadku idealne połącznie przyjemnego z pożytecznym.

Mam być może nietypowe podejście do zawodności sprzętów. Uważam, że jeśli coś się zepsuje, to się po prostu zepsuje. I to też jest jakaś przygoda. I nawet gdyby się okazało, że muszę przez to pojechać na wakacje w inne miejsce niż planowałem, to tylko ode mnie zależy, czy będę się na nich relaksował, korzystał z lokalnych atrakcji, ale też poznawał historię czy kulturę.

A prawda jest taka, że nie trzeba jechać na Lazurowe Wybrzeże, do Paryża czy nad jezioro Loch Ness, żeby zobaczyć coś ciekawego. Można pojechać gdziekolwiek i gwarantuję, że w promieniu co najwyżej kilkudziesięciu kilometrów znajdziesz jakieś fajne atrakcje turystyczne. Ja właśnie w taki sposób odkryłem muzeum w Bóbrce na Podkarpaciu, Zamek Krzyżtopór w woj. świętokrzystkim, Muszynę w Małopolsce oraz parki narodowe: Store Mosse w Szwecji czy Lahemaa w Estonii. Dowiedziałem się też np. co to jest mofeta [rodzaj ekshalacji wulkanicznych - red.]. Swoją drogą, w Bóbrce tak się moim dzieciom spodobało, że byliśmy tam już chyba z pięć razy.

Ten kamper to nie tylko schronienie podczas wycieczek, prawda?

Rzeczywiście, w czasie epidemii, gdy zamknięte były przedszkola, urządziłem sobie w nim miejsce pracy. Także zanim wyjechaliśmy z parkingu, kamper już zaczął na siebie „zarabiać” (śmiech).

Praca z kampera

Macie już plany na kolejną kamperową eskapadę?

Na pewno chcielibyśmy pojechać jeszcze raz do Estonii, na objazdówkę do Szkocji i planujemy z dziećmi zdobyć Koronę Gór Polski, w czym kamper też się bez wątpienia przyda.

Poza tym, żeby mieć też bazy wypadowe w Polsce i nie szukać miejsc do postawienia kampera, postanowiłem kupić działki wakacyjne. Na razie mam takie w okolicy Siedlec i Buska Zdroju. I to kolejny przykład na to, że jestem orędownikiem własności, a nie najmu.

To niewielkie tanie grunty rolne i leśne, na których nie ma możliwości zabudowy. Za to mogę na nich posadzić drzewa i krzewy owocowe, ogrodzić siatką leśną i spędzać tam dłuższe weekendy i wakacje. W okolicy, w odległości godziny jazdy jest tyle atrakcji turystycznych, że spokojnie można tam spędzić trzy tygodnie bez cienia nudy.

Już tak mam, że nie lubię się spieszyć podczas urlopu. Nie lubię ani pędu, ani „smażenia się” na plaży. Za to doskonale wypoczywam w otoczeniu natury, zgodnie z zasadą - co się uda zwiedzić, to zwiedzimy.

A jeśli coś ciekawego trafi się po drodze, spontanicznie zmieniamy plan wycieczki, nie mamy z tym żadnego problemu. Przeważnie wystarczy naszej rodzince tylko jedno założenie – w którym kierunku jedziemy – Północ, Południe, Wschód czy Zachód. Sam cel jest przeważnie bardzo ogólny – np. Szkocja, Estonia czy Bieszczady. Gdy jakiegoś kierunku jeszcze nie znam, to czytam na ten temat przewodniki, oglądam mapy. Potem jednak i tak na bieżąco decydujemy z żoną gdzie zostaniemy na dłużej - sprawdzamy w tym celu np. pogodę i oceniamy, czy się nie zamęczymy w trasie.

Zdarza się też, że w ogóle nie trafiamy do miejsca docelowego, bo po drodze znajdujemy coś na tyle ciekawego, że czasu już nie starcza. Wtedy jesteśmy bogatsi o nowe wspomnienia i doświadczenia. Tak było np. z Danią - do jej dokładniejszego poznania namówili nas Holendrzy, spotkani na jednym z kempingów. Marzenie o zobaczeniu północnej części Skandynawii zostawiamy na później.

Z zasady dopiero w trasie wybieramy co zobaczymy, a często dopiero po południu danego dnia zastanawiamy się, gdzie będziemy spać. Wiele razy się już zdarzyło, że tak długo się pakowaliśmy, że nocowaliśmy np. 30, 50 czy maksymalnie 100 km od miejsca startu podróży.

Przejażdżka kamperem

Byliście kiedyś na wakacjach typu all-inclusive?

Nigdy. Zdecydowanie bliższe są nam wakacje „na dziko”, i na własną rękę, bez tłumów. Ale żebyśmy się źle nie zrozumieli – nie jest tak, że siedzimy tylko w dziczy. Zwiedzamy też większe miasta - szczególnie oczarowała nas starówka w Tallinie. Mamy też słabość do lokalnej kuchni i poszukujemy polecanych regionalnych restauracji.

W ogóle z żoną poznaliśmy się w klubie turystycznym Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego (PTTK), więc schroniska, namioty czy spanie w szkołach podczas rajdów to rzeczy bardzo nam bliskie.

Wspomniałeś, że o zakupie takiego, a nie innego kampera zadecydowała po części Twoja miłość do marki? Jesteś fanem Fiatów?

Bardzo dobrze mi się one kojarzą – mój tato jeździł Fiatem, wszystkie samochody, jakie pamiętam z dzieciństwa to też były Fiaty. Moje pierwsze auto również było tej marki – najpierw miałem dużego Fiata, potem Fiata Punto, Fiata Grande Punto i Fiata 500 – pamiętam, że sąsiedzi się dziwili, jak się do niego mieścimy z żoną, dzieckiem, wózkiem z gondolą i bagażami na kilkudniową wycieczkę (śmiech).

A teraz jeżdżę Fiatem Doblo, który dla mojej rodziny jest bardzo wygodny i pojemny, a dzięki temu, że jest odrobinę wyżej zawieszony, potrafię nim wjechać tam, gdzie zwykła osobówka już by się zakopała lub zawiesiła.

Fiat

Kiedy próbowałem zmieścić trzy foteliki dzieci do innych aut z tego segmentu, nie dawało rady, a do Doblo weszły bez problemu. Co ciekawe, byłem w stanie przewieźć nim na raz cale wyposażenie do trzypokojowego mieszkania – łącznie z krzesłami, stołem, biurkami, regałami, szafami, a nawet lustrem. Bez problemu załadowałem do niego nawet kanapę bez konieczności rozkładania na części.

Poza tym, że Fiaty mi się podobają i dobrze kojarzą, mają też bardzo ważną cechę, która mnie przekonuje – w porównaniu do jakości są relatywnie tanie – zarówno w zakupie jak i utrzymaniu.

Advertisement
Advertisement

Artykuły, które mogą Cię zainteresować

SmartHome oczami dzieci - wymarzony pokój

O jakim pokoju marzą dzieci? Przyjrzymy się bliżej inteligentnemu oświetleniu i sprawdzimy jak dzieci same zmieniają pokój w krainę marzeń. SmartHome w Komputroniku. http://Komputronik-SmartHome

Advertisement