Mistrz modelarstwa, który nie stroni od wyzwań [W gościach]

Wizyta w mieszkaniu emerytowanego elektronika-automatyka Piotra Gordona naładowała nas megapozytywną energią. To człowiek, który nie wie, czym jest nuda, a jego budowle wprawiają w zachwyt.

Piotr Gordon i jego dzieła

Karolina Polacka: Wchodzimy do Pana mieszkania i od razu jesteśmy pod ogromnym wrażeniem. Co to takiego?

Piotr Gordon: To „Wodnik” z bitwy pod Oliwą z 1627 r., wykonany w skali 1:25. Zrobiłem go dla żony, z okazji 10. rocznicy ślubu. Pracowałem nad nim pięć lat, głównie na raty. Miałem tu swój maleńki warsztacik. Gdy żona była w pracy, albo gdzieś wyjeżdżała, zostawałem w domu z dziećmi. One się bawiły, i ja też się bawiłem – budując. Każdy jeden element tego okrętu wykonałem własnoręcznie.

Maszty też Pan obszywał?

Wszystkie! Jako dziecko dużo czasu spędzałem u babci, która miała maszynę. Nauczyłem się ją naprawiać. A żeby sprawdzić, czy działa, trzeba było umieć szyć. Wszystko robię samodzielnie. Nie mam laboratorium, ani specjalistycznych narzędzi. Dlatego obszywam maszty, wiążę liny, robię instalacje. Na kadłubie okrętu jest figura wodnika, wyrzeźbiona przeze mnie z lipy. Technologia była dość prosta - stanąłem przed lustrem, zrobiłem swoje wymiary, naniosłem je na klocek lipowy w skali i odzwierciedliłem przy pomocy dłuta.

Piotr Gordon i jego dzieła

W okręcie są różne wnęki i np. jak dzieci były grzeczne, to krasnoludki wkładały w nie prezenty, przeważnie słodycze. Syn i córka nauczyli się w ten sposób, że z modelami trzeba się obchodzić delikatnie. Prawda jest taka, że nawet dorośli „oglądają” rękami, dlatego na wystawach zwraca się na to uwagę. To ważne, bo jeżeli coś jest 50 razy mniejsze od oryginału, to i siła dotyku powinna być 50 razy mniejsza, bo inaczej się zniszczy.

Jest też samolot. To słynna „Czapla”?

Tak, robiłem ją osiem miesięcy. Przód i tył są z drewna, a środek - z płótna. Wyposażenie kabiny wygląda jak w oryginale – można zapalić światła, jest karabin maszynowy. Oczywiście, maszyna wyposażona jest we wszelkie instalacje, które pozwalają jej latać.

Samoloty są proste i nie są nudne, bo nie składają się z powtarzalnych elementów. Przykładowo, żaglowiec to około 3 tys. godzin pracy, czyli mniej więcej dwa lata. Czasami do zawiązania jest 10-15 tys. supełków. Najbardziej monotonna jest praca nad  żaglowcami z XVII i XVIII w., które miały po 120 dział, bardzo dużo żagli, a sznurków były kilometry.

Dzieła Piotra Gordona

Czuć w Pana głosie pasję. I to chyba właśnie ona powoduje, że efekt jest tak spektakularny. Nie mogę nie zapytać: kiedy się to wszystko zaczęło?

Miałem siedem lat, gdy ukazał się pierwszy numer miesięcznika ”Mały Modelarz” z papierowym modelem łodzi desantowej i czołgiem. To był rok 1956 r, a magazyn dostałem go ojca. Do tego – klej, nożyczki i żyletki, które się łamało na pół i można było wycinać drobne elementy z papieru. To był pierwszy model, który zrobiłem sam.

Od razu złapał Pan bakcyla?

 „Mały Modelarz” ukazywał się co miesiąc i z taką właśnie częstotliwością budowałem. Na tym poziomie, który wówczas reprezentowałem, samolot z papieru można było zrobić w tydzień, co oznacza, że miałem jeszcze trzy tygodnie wolnego do ukazania się kolejnego numeru magazynu. Zdarzały się oczywiście modele trudniejsze, np. pamiętam okręt ”Aurora”, o długości około 70 cm. Pracowałem nad nim około dwóch miesięcy. Poza tym, wiadomo, była szkoła. Choć – w zasadzie – nigdy nie miałem czasu do niej chodzić (śmiech). Od dziecka miałem też talent do ”nabijania” sobie temperatury, co często okazywało się przydatne.

Nie lubił Pan plastyki?

Nie musiałem się z niej szczególnie wysilać. Rysunki techniczne robiłem od ręki, tak samo pismo techniczne. Byłem dobry z fizyki i chemii. To mnie interesowało. Z wykształcenia jestem elektronikiem-automatykiem. Całe życie pracowałem w utrzymaniu ruchu. Było dużo stresu, nerwów. Jeżeli się coś popsuło - a ludzie mieli płacone od wykonanej pracy - to stali nad człowiekiem i pospieszali. Słyszało się: napraw to szybciej, bo mnie uciekają pieniądze. Modele budowałem dla odpoczynku, dla zrelaksowania się. Przychodziłem do domu, jadłem coś, chwilę odpocząłem i brałem się do roboty. Im bardziej byłem zestresowany, tym dłużej budowałem.

Potrzeba do tego zdolności artystycznych? Takiego zmysłu, jaki mają malarze, rzeźbiarze czy architekci?

Nie mam jakichś specjalnych zdolności plastycznych, choć mam w rodzinie malarzy. Moja ciotka była bardzo znaną malarką. Rodzice nawet przymuszali mnie, żebym chodził do niej na naukę. Choć ciocię łatwo było wymanewrować i kończyło się na tym, że oficjalnie chodziłem na naukę malowania, a nieoficjalnie - szedłem na boisko, grać w piłkę. Ciocia przez ponad 20 lat miała w Paryżu własną galerię. Mój syn także bardzo dobrze maluje i rysuje, choć nie ma na to czasu. Mam gdzieś narysowaną przez niego dłoń. Wspaniałe dzieło. Na ścianie wisi z kolei obraz mojego młodszego brata, który zajmuje się zupełnie inną profesją, ale od czasu do czasu maluje.

Jak w praktyce wygląda budowanie modeli? Od czego się zaczyna?

Jestem na emeryturze, więc mogę pracować zarówno w ciągu dnia, jak i nocą, choć najczęściej robię to późną porą. Żona czyta książki, albo idzie spać, a ja zabieram się za budowanie. Od dziecka mam problem ze spaniem, jeśli prześpię cztery godziny to jest dobrze.

Jeśli mam już pomysł, to sprawdzam dostępność planów, w różnych publikacjach. Później zdobywam dokumentację – najczęściej rysunki, choć z nimi bywa różnie, bo nie zawsze są zgodne z oryginałem, dlatego warto podpierać się zdjęciami. Potem decyduję, z czego budować. Nowoczesny modelarz idzie do sklepu i kupuje gotowy model. Jeśli ma ambicję to go udoskonala, korzystając z nowatorskich technologii i sprzętu. Ja robię wszystko sam. Korzystam najczęściej ze sklejki, drewna i blachy ze starych komputerów.

Dzieła Piotra Gordona

Bismarck

Gdzie można zobaczyć Pana dzieła?

Pokaźną kolekcję mam np. w piwnicy – 17 pojazdów pancernych, 20 czołgów i samochodów. Wszystkie metalowe, ciężkie. Z ciekawych rzeczy, jest tam np. pierwszy czołg, jaki zbudowali Anglicy i zastosowali we Francji na polu bitwy w 1916 r. Maszyna waży prawie 20 kg i oczywiście jest napędzana. Moje modele można też zobaczyć na wystawie statków w latarni morskiej w Kołobrzegu. Jest tam np. parostatek „Powiśle”, który w latach 60. XX w. pływał po Wiśle. Płynąłem nim do Płocka. W moim modelu z komina leci dym, a gdy zapali się światło, w kabinie na przodzie można zobaczyć siedzących przy stoliku dwóch panów. Popijają piwko, a na talerzyku mają zagrychę w postaci dwóch kiełbasek. Wszystko własnoręcznie wyrzeźbiłem.  

Aż żal, że tyle dzieł sztuki znajduje się w piwnicy!

A gdzie mam je trzymać? Przecież nie zrobię z domu muzeum (śmiech). Bardzo dużo namieszała pandemia. Gdyby nie ona, w drugą sobotę i niedzielę czerwca odbywałaby się Międzynarodowa Wystawa Modelarska z zawodami w warszawskiej Arenie Ursynów. Czas pokaże, jak będzie w tym roku.

Moim największym marzeniem jest reaktywowanie Muzeum Techniki w Pałacu Kultury i Nauki, które od trzech lat jest zamknięte. Mogłoby to być wspaniałe miejsce na pokazanie najmłodszym, jak budować i ile pracy trzeba w to wlożyć. Wykształcenie umiejętności manualnych jest bardzo ważne dla człowieka.

Warszawa

Nad czym Pan teraz pracuje?

”Czaplę” mam już praktycznie gotową, muszę tylko ukończyć silnik. Chciałbym mieć w swojej kolekcji wszystkie konstrukcje lotnicze okresu międzywojennego.

Wyobraża sobie Pan życie bez modeli?

Wyobrażam sobie, bo mam wiele pasji. W wieku 17 lat zbudowałem własną żaglówkę. Po sąsiedzku miałem stolarnię. Zaprzyjaźnieni stolarze często docinali mi listewki, użyczali sklejek, ścinków. Przez 20 lat całą rodziną pływaliśmy tą żaglówką na Mazurach. Gdy kończył się rok szkolny, ciągnęliśmy naszym „maluszkiem” stateczek, a w nim: namioty, rowery, sprzęt. Na Mazurach spędzaliśmy prawie miesiąc. Łódka była jednak delikatna i z czasem się zużyła. Ale moje dzieci nauczyły się żeglować. Gdyby nie modele, może pomyślałbym o zbudowaniu żaglówki, tym razem dla wnuków. Poza tym, rok temu, z okazji 70. urodzin dostałem od dzieci w prezencie stok ze spadochronem. Wspaniałe przeżycie. Myślałem jeszcze nad kursem pilotażu samolotu. Gdyby nie modele, na pewno bym się nie nudził.

Artykuły, które mogą Cię zainteresować