Zając, czyli senna zmora pośrednika

O tym, jak pozornie prosta transakcja może okazać się niekończącym się pasmem problemów.


O czym przeczytasz?

Zając czyli senna zmora pośrednika

Wrzesień. Dostałem e-mail od pana Michała. Szukał mieszkania. Przesłał mi ofertę, którą chciał obejrzeć za moim pośrednictwem. Umawiając prezentację, dowiedziałem się, że mieszkanie jest zadłużone. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Obsługiwałem wcześniej nieruchomości, które posiadały kilkanaście różnych obciążeń, więc mieszkanie z jednym problemem to mały pikuś. Przed spotkaniem powiedziałem klientowi, że ja zajmę się formalnościami, a on musi tylko powiedzieć, czy mieszkanie mu się spodobało.  

Na moje nieszczęście lokum idealnie wpisywało się w oczekiwania pana Michała i jego partnerki. Niestety sprzedający nie był wymarzonym kontrahentem. Pan Zając miał około pięćdziesięciu lat i był genetycznie spokrewniony z bohaterami kapeli Czerniakowskiej. Gesty, zachowanie i słownictwo. Warszawski cwaniak w wydaniu oryginalnym. Jego żona, pani Zającowa (jak się okazało numer 2), była cicha, spokojna i znacznie młodsza od męża. 

Szybkie negocjacje. Omówienie zadłużenia, wynikającego z zaległości czynszowych w spółdzielni i już po kilku dniach siedzieliśmy w kancelarii notarialnej podpisując umowę przedwstępną. 

Zaczynamy nowe życie... z przytupem

Młodzi klienci byli bardzo podekscytowani. Kupowali pierwsze własne mieszkanie i rozpoczynali nowy etap w życiu. Nie wiedzieli tylko z jakim przytupem przyjdzie im to zrobić.

Cały zadatek w kwocie 25 000 zł na poczet zakupu mieszkania został pożyczony od rodziny, a następnie przelany na konto spółdzielni tytułem spłaty zajęczego zadłużenia. Pozostało uzyskać kredyt i nowe zaświadczenie, które potwierdziłoby, że długu już nie ma. 

Klienci byli bardzo szczęśliwi. Rankiem, po kilku dniach od umowy zadzwoniła zdenerwowana pani Ania, pośredniczka sprzedającego, oznajmiając, że mamy kłopoty. Okazało się, że spłacony dług był tylko wierzchołkiem zobowiązań pana Zająca. Zadłużenie wynosiło łącznie niemal 100 000 zł. Stanowiło w owym czasie ok. 40% wartości mieszkania. Oczywiście, Zając był świadomy swoich zobowiązań, ale kierując się sobie tylko właściwą logiką cwaniaka uznał, że może mieszkanie uda się sprzedać, jeśli ten „drobiazg” przemilczy. 

Kiedy więc zakończyłem rozmowę i zdałem sobie sprawę, jak dramatyczną mamy sytuację prawną, zrezygnowałem z picia kawy, którą wcześniej zaparzyłem. Moje ciśnienie przekroczyło bezpieczne dla organizmu granice bez kofeiny. Wystarczył Zając.

Czy zające boją się wystrzałów armatnich?

Zając a strzały z armaty

Byliśmy po umowie, skromni klienci z pożyczonymi pieniędzmi weszli w zakup mieszkania, a ujawnione długi przekraczały znacznie możliwości dalszego ich finansowania ze środków rodzinnych. Teoretycznie można było wystąpić o zwrot zadatku w podwójnej wysokości, ale Zając żadnych pieniędzy nie miał. Ponieważ ewidentnie uciekał z majątkiem, oczekiwanie, że kiedykolwiek uczciwie się rozliczy, było bez sensu. Po krótkiej, acz burzliwej analizie prawnej okraszonej ciepłymi słowami pod adresem pana Zająca, doszedłem do jedynej słusznej konkluzji: trzeba było kontynuować tę transakcję!

Postanowiłem spotkać się ze sprzedającym i przemówić mu do rozsądku. Niestety okazało się, że różnimy się nie tylko wyglądem, ale i podejściem do prostych spraw. Podczas rozmowy prawie krzycząc Zającowi prosto w oczy, wyciągnąłem argument wielkości armaty: „Złożę doniesienie do prokuratury i pójdziesz siedzieć”! (za kłamanie u notariusza można dostać do 5 lat paki). Mój rozmówca z rozbrajającą szczerością i baranimi oczami stwierdził: „siedziałem trzy razy, to posiedzę i czwarty”! Armata nie była nawet procą...

Przeszliśmy więc w fazę wzajemnej, acz mocno wymuszonej „miłości”. Ja chciałem, aby moi klienci bezpiecznie dokonali zakupu, a Zając miał zamiar dalej uciekać przed wierzycielami. Te cele nas różniły, ale łączyła chęć sprzedaży mieszkania. 

Spryt ponad wszystko

Aby było jasne - ujawnione długi bezwzględnie należało spłacić. Zakładałem jednak, że to nie cały „dorobek” Zająca. Jakoś mu nie dowierzałem, kiedy bił się w piersi i mówił, że „więcej grzechów nie pamięta”. 

Ciemna gwiazda, pod którą urodził się ten człowiek, rzucała cień wszędzie dookoła. Typ był w swoim cwaniactwie wyjątkowy. Kiedy jechaliśmy wyjaśnić zadłużenie, ten przeskakiwał przez bramki w metrze, aby nie płacić za bilet. Oczywiście była kontrola. Kiedy otworzyły się drzwi metra, Zając wyrwał się kontrolerom i uciekł. Pod kancelarią komornika byłem sam. Przyjechał kolejnym metrem. Gdy zapytałem go, co zamierza kupić po sprzedaży nieruchomości, stwierdził, że mieszkanie w TBS (Towarzystwo Budownictwa Społecznego)! Zapytałem dlaczego, a on tą samą rozbrajającą szczerością odpowiedział: „aby mnie była żona nie dopadła”.

Jak się okazało w kancelarii komorniczej długi Zająca wynikały właśnie z rozliczeń z panią Zając numer 1. Oczywiście wszystkie okraszone były prawomocnymi wyrokami sądu i klauzulami natychmiastowej wykonalności. Na szczęście okazane zestawienie potwierdzało,  że to co pojawiło się w spółdzielni to wszystkie wymagane należności.   

Ilości telefonów, jakie wykonałem - do notariusza, do doradcy kredytowego, do prawników - nie jestem w stanie zliczyć. Zając śnił mi się po nocach! 

Po kilku dniach analiz, spotkań, konsultacji i składania mentalnych puzzli podpisywaliśmy aneks do umowy przedwstępnej, który zalegalizował wszystkie długi Zająca. Moi klienci byli przerażeni. Komplikacje, które pojawiły się podczas zakupu były dla nich nie do ogarnięcia. Jedno zadłużenie, potem drugie, aneks, komornik i jego procedury, kredyt, mieszkanie spółdzielcze bez księgi (trzeba ją było dopiero założyć) – i tak bez końca.

Na szczęście pan Michał i jego partnerka mieli do mnie pełne zaufanie, a ja miałem gotowy plan. Wiedziałem, jak transakcję skończyć i wiedziałem, że muszę to zrobić.

Akt 2: wchodzi pani Zającowa

Czy aneks do umowy to koniec atrakcji? O nie! Zając to chodzący problem i moja zmora nocna. Wydawało się już, że jesteśmy na prostej. Umowa w poniedziałek, wszystko pod kontrolą (dokumenty sam odbierałem, aby Zając ich przypadkiem nie podrobił), aż tu nagle dzwoni telefon. Jest piątek. Trzy dni przed umową. Na ekranie wyświetla się napis: „cwaniak”. Przekląłem w myślach. Słyszę znajomy głos, który mówi: „jest problem, moja pierwsza żona nie chce się wymeldować...”

Rozmówca tłumaczył, że wszczął procedurę wymeldowania z urzędu po naszej pierwszej umowie i myślał, że zdąży. Nie zdążył. Mamy trzy dni do umowy i „martwą duszyczkę” w lokalu. Zając jest załamany (tym razem chyba naprawdę).  

Osoba zameldowana w sprzedawanym lokalu od strony formalnej nie jest przeszkodą w przeniesieniu własności, ale strona formalna to nie wszystko. Taki lokator może wrócić i trzeba go do lokalu wpuścić. Ma prawo mieszkać. Kto chciałby trochę pomieszkać z byłą żoną poprzedniego właściciela?

Dzwonię, ugrzeczniony do granic mojej wytrzymałości do pani Zając nr 1. Żadne tłumaczenia nie działają. Gotów jej byłem wtedy obiecać lot na księżyc i z powrotem, aby tylko zgodziła się wymeldować. Pada kategoryczne „nie” i kilka epitetów niegodnych powtórzenia. Widocznie srebrny glob nie był dla niej dość atrakcyjny. Nie dała się namówić, a oferowałem w imieniu byłego męża nawet dopłatę do wymaganej przez komornika kwoty.  

Co robić? Postanowiłem, że omówię sytuację tuż przed samą umową. Spotykam się z klientami pod kancelarią ciut wcześniej i oznajmiam nowe rewelacje. Szok i niedowierzanie. Burza mózgów. Ale ja mam już kolejny plan. Zając znów skłamał i musiał ponieść konsekwencje. Wracamy do etapu negocjacji i po godzinnej burzliwej dyskusji jest kompromis. W międzyczasie pojawiają się pomysły o skierowaniu sprawy na drogę sądową. Powstrzymuję klientów przed tym krokiem. Kupują mieszkanie. Jest połowa stycznia.

Czy to koniec? Nic z tych rzeczy! 

Drobna pomyłka pani komornik

Rozmowa z komornikiem

Zabawa trwa w najlepsze, tylko już mniej dotyczy moich klientów. E-maila pisze do mnie pani komornik informując, że zaświadczenie jakie wydała nie obejmuje całości długów. Zabrakło w nim odsetek od długu w kwocie około 10 000zł… Ponownie konsultacje, telefony, rozmowy z ubezpieczycielem. Po tygodniu dostaję jednoznaczną opinię: klienci są bezpieczni i ja również. Pani komornik popełniła pomyłkę i stara się bezczelnie przerzucić odpowiedzialność na moich klientów. Już wiem, że to się nie uda. Można zignorować tamtego e-maila. Nie przyznam się, co jej odpisałem w odpowiedzi...

Transakcja trwała pół roku. Miesiąc później w lutym przekazujemy mieszkanie, pani Zając numer 1 została wymeldowana. Zając chyba nie kłamał. Klienci szczęśliwi. Dla nich to koniec atrakcji. Dla mnie zabawa trwa w najlepsze. 

Po roku dostaję wezwanie do sądu. Na korytarzu spotykam panią Anię, pracownika spółdzielni i urzędu meldunkowego. Pani Zając numer 1 wezwała nas na świadków. Sprawa dotyczy byłych małżonków. Ponownie walczą o pieniądze. Pada zarzut od powódki, że obiecałem jej pieniądze za wymeldowanie. Sąd pyta czy to prawda. Odpowiadam: „tak, to prawda. Proszę wysokiego sądu, ja jestem pośrednikiem. Mój cel jest jednoznaczny. Chcę, aby mój klient miał jak najmniej problemów i bezpiecznie dokonał zakupu. Gotów byłem obiecać tej pani nawet lot na księżyc. W zamian za wymeldowanie zaproponowałem pieniądze i gdyby się zgodziła, dopilnował bym zapłaty”. Sędzina pokiwała głową ze zrozumieniem. 

Mijają kolejne miesiące. Zając nie śni mi się już po nocach. Jednak któregoś dnia jestem z żoną w sklepie w Falenicy i słyszę za plecami znajomy głos. Wspomnienia natychmiast wracają. Tuż za mną stoi Zając z żoną nr 2 we własnej osobie. Kupili mieszkanie w TBS. Robi zakupy koło domu. Jesteśmy sąsiadami!

Advertisement
Advertisement

Artykuły, które mogą Cię zainteresować

SmartHome oczami dzieci - wymarzony pokój

O jakim pokoju marzą dzieci? Przyjrzymy się bliżej inteligentnemu oświetleniu i sprawdzimy jak dzieci same zmieniają pokój w krainę marzeń. SmartHome w Komputroniku. http://Komputronik-SmartHome

Advertisement