Pierwotne instynkty na rynku nieruchomości

Nie znam ani jednego pośrednika, który nie uczestniczyłby w traumatycznym wydaniu mieszkania czy domu. Zdemontowane zabudowy kuchenne, wystające kable ze ścian, czyli kilka historii o tym, co widziałem jako agent nieruchomości.


O czym przeczytasz?

iStock-1217331204.jpg

Powszechnie wiadomo, że jak Kali ukradnie komuś krowę to dobrze, a jak Kalemu ukradną to już źle. Niestety takie pierwotne prawo przetrwania przyświeca niektórym również na rynku nieruchomości.

Polityka Kalego

Zachowanie “Kalego” często wprowadzane jest w czyn podczas wymiany towaru (czytaj mieszkania) na gotówkę, a przecież teoretycznie to takie proste. Nie rób drugiemu, czego sam nie chciałbyś doświadczyć!

W praktyce niektórzy mają wielki problem, aby zastosować tę prostą zasadę we własnym życiu i biznesie. Nie chodzi o “grube” oszustwa. Te w zasadzie są zjawiskiem marginalnym (choć kiedy się zdarzają, faktycznie można stracić majątek). Myślę o takiej zwykłej przyzwoitości i przestrzeganiu wcześniejszych ustaleń.

Jako pośrednik nie obawiam się, czy kupujący zapłaci. Nie obawiam się, czy sprzedający wyda klucze do mieszkania. Takie rzeczy w zasadzie się nie zdarzają, bo brak zapłaty czy wydania nieruchomości to rażące naruszenie warunków umowy. Nikt nie chce narazić się na bycie posądzonym o taką jaskrawą nieprzyzwoitość. Jeśli dzieje się coś złego, to tylko w tych pozornie mało istotnych elementach transakcji lub tych bardzo mało oczywistych.

Nie znam ani jednego pośrednika, który nie uczestniczyłby w traumatycznym wydaniu mieszkania czy domu, z którego nadgorliwy sprzedający zabrał “drobiazg”, a obiecał zostawić. A to zginie zabudowa kuchenna (lub jej część), a to jakieś oświetlenie, a to fotel, kanapa itp.

Nagła awaria prądu?

iStock-157513038.jpg

Październik, godzina 19:00. Jadę na wydanie kluczy do mieszkania na Pradze Południe. Dzień krótki. Ciemno. Przed budynkiem stoi stary mercedes z przeładowaną bambetlami przyczepą. Wchodzimy do otwartego lokalu. Wewnątrz ciemno. Staramy się włączyć oświetlenie. Dalej ciemno. Odpalamy latarki w telefonach. Okazuje się, że właściciel (ten od mercedesa) zdemontował wszystko. Oprawy świetlne, żarówki, kontakty, o grubszych elementach wyposażenia nie wspominając. Kable wystają ze ścian. Kupujący zaniemówili. Konsternacja. Są w szoku. Ja też, a stary właściciel wchodząc do nas mówi “przepraszam nie zdążyłem posprzątać, ale nie jest tak brudno”. Wokół kable, smród po kotach i pęki walającej się po podłodze sierści wymieszanej z wieloletnim brudem. Mówię do kupującej (moja znajoma): “nie jest tak źle, Monia, ogarniesz szmatą na mokro i możecie się wprowadzać”!  Zaczynamy się śmiać. Trzeba to odreagować. Nic więcej nie można w takiej sytuacji zrobić. Mieszkanie i tak wymagało kapitalnego remontu, ale nie było mowy o odkręcaniu kontaktów. Czekamy aż mercedes odjedzie.

Inne mieszkanie na Pradze. Wchodzimy, posprzątane, wyczyszczone. Przygotowane do wydania klucze leżą na stole. Pierwsze na co zwraca uwagę nowa właścicielka to brak oświetlenia w salonie. Wcześniej wisiały tu dwa kryształowe żyrandole. Zostały tylko wiszące kable. Sprzedający na etapie negocjacji zobowiązał się, że je zostawi, a kupującej bardzo na nich zależało. Pasowały do wnętrza. Atmosfera gęstnieje. Czuć napięcie i robi się mocno nieprzyjemnie. Padają coraz ostrzejsze słowa. Muszę się włączyć. Wyciągam protokół uzgodnień i mobilizuję sprzedającego, aby je zamontował ponownie. Po dwóch godzinach żyrandole wracają na swoje miejsce.

Domówka na Mokotowie

iStock-157526744.jpg

Ale bywa, że rzeczy jest nadmiar. Jako pośrednik przygotowuję protokoły uzgodnień, skrupulatnie spisuję ustalenia stron. Przepisy prawa stosowane przez notariuszy mają dodatkowo zabezpieczać ludzi przed tymi, którzy stosują logikę Kalego. Zapewnieniom ustnym nie wierzę od dawna, te pisane są częściej przestrzegane, ale niestety nie zawsze.

Mokotów. Letni ciepły poranek (sobota). Do przekazania typowe 38 m2 w wysokim punktowcu. Transakcja rozliczona. Jadę tylko spisać protokoły i wracam do domu. Umówiłem się ze znajomymi na popołudnie. Kupujący to miły młody facet, sprzedający to dwie osoby - matka z synkiem. Synek lat ok. 40 bez widocznego związku z jakąkolwiek profesją. Nie ma w tym kraju pracy dla ludzi na jego poziomie. Żyje z wyprzedaży majątku rodziców. Kupujący, pan Tomek, radośnie wita się ze mną przed budynkiem. Ciepło, słoneczko świeci. Dopiero co kupił sobie na kredyt pierwsze, własne, nowe (choć używane) mieszkanie. Jedziemy windą. On podekscytowany mówi, że już zapłacił pierwszą ratę kredytu, ekipa remontowa ma rozpoczynać pracę w poniedziałek. Opowiada, jak przebuduje lokal. Rozmawiamy, ale mam w sobie jakieś dziwne przeczucie. Pukamy do drzwi, które się otwierają…

Impreza trwa w najlepsze. Czerech brzuchatych, wytatuowanych typów (znajomych synka z “przedszkola”) siedzi wokół stołu i niestety nie piją herbaty. Dwie popielniczki pełne niedopałków, dym, piwo, wódeczka, śledzik i jakaś inna zagrycha. Jak balanga to balanga! Towarzystwo świętuje udaną transakcję. Tyle, że od wizyty u notariusza minął już miesiąc. Jak wnioskuje po uschniętym salcesonie, impreza trwa już kolejny dzień. Mamusia pije razem z synkiem i kolegami, rwie się jej kontakt z otaczającą rzeczywistością. Osłabła. Nie mówi. Sił jej brakuje. Wszyscy pijani i szczęśliwi. Na parapetach suche kwiaty. Im biesiadnicy nie polali. Wewnątrz wszystko nietknięte, jak w dniu pierwszej prezentacji. Pan Tomek stoi oszołomiony. Dał sprzedającym miesiąc na wyprowadzenie się, ekipa wchodzi w poniedziałek!

Zapraszają nas do wspólnego biesiadowania…

Grzecznie odmówić?

Co im powiedziałem, tego nie powtórzę, ale czasami dostrzegam przestrzeń i uzasadnienie do użycia wulgaryzmów. A może powinienem powiedzieć? W końcu zacząłem od słów, jakie każdy rodak wypowiada spontanicznie, kiedy w nocy uderzy się w duży palec u nogi.

Zwrot w lokalnym dialekcie mokotowskim zadziałał. Zwrócono na mnie uwagę. “Szefie coś pan taki nerwowy? Napij się pan. Będzie dobrze”! Kiedy odmówiłem biesiadowania gospodarz wytłumaczył, że przecież powinniśmy go zrozumieć. “Jak on miał w miesiąc zdążyć? Ma tyle zajęć! Za godzinkę, no może maksymalnie dwie przyjedzie samochodem Zdzisiek z chłopakami i będzie mieszkanie opróżnione. Wcześniej się nie dało. Po co te nerwy”?

Po trzech godzinach pojawił się Zdzisiek i wesoła kompania zabrała się za wynoszenie majątku. To, że nie doszło do jakiejś tragedii przy przenoszeniu mebli traktuję w kategorii cudu. Co chwila któryś z biesiadników potykał się o kompana lub wpadał na sprzęty. Niewątpliwie byłem świadkiem ciekawych wydarzeń. Ekipa Zdziśka, choć nie całkiem trzeźwa, była w zdecydowanie lepszej kondycji niż ekipa właściciela. Po kolejnych kilku godzinach pan Tomek mógł się cieszyć kluczami do nowego lokum.

Był wieczór. Wracałem zmęczony do domu. Pan Tomek w spadku otrzymał suche kwiatki na oknie i masę śmieci po poprzednim właścicielu. Ale takiej “ekipy biesiadnej” to już pewnie nigdy nie zobaczy!

Advertisement
Advertisement

Artykuły, które mogą Cię zainteresować

SmartHome oczami dzieci - wymarzony pokój

O jakim pokoju marzą dzieci? Przyjrzymy się bliżej inteligentnemu oświetleniu i sprawdzimy jak dzieci same zmieniają pokój w krainę marzeń. SmartHome w Komputroniku. http://Komputronik-SmartHome

Advertisement