Spotkanie w umówionym miejscu i ciąg niecodziennych zdarzeń. Przeczytaj co wydarzyło się tego dnia

Nie znałam i nigdy wcześniej nie widziałam klienta, z którym miałam się spotkać. To mógł być każdy, kto stawił się w umówionym miejscu. Padło na kierowcę Poloneza


O czym przeczytasz?

Kierowca Poloneza

W zawodzie pośrednika zdarzają się naprawdę śmieszne historie, zupełnie nie do przewidzenia.

Tego dnia miało być zupełnie normalne spotkanie z klientem oferującym na sprzedaż działkę w podwarszawskim Czosnowie.

Spotkanie na skrzyżowaniu dróg

Ponieważ celem spotkania było obejrzenie działki i ocena jej zbywalności,  telefonicznie umówiłam się z klientem na dość charakterystycznym skrzyżowaniu, tuż za światłami w Czosnowie. Jest tam coś w rodzaju „zatoczki”, gdzie spokojnie można zatrzymać samochód. Poza ustaleniem dokładnej daty, godziny i miejsca spotkania, ustaliliśmy, jakim samochodem klient podjedzie, a jakim ja. Zawsze w przypadku spotkań „w terenie” ustalam, jakiego samochodu wypatrywać. I tak było dokładnie tym razem.

O umówionej godzinie zbliżyłam się do miejsca spotkania, a tam stał już, co prawda nieco przed czasem, ale zaparkowany Polonez w kolorze bordowym. Taki, jakim miał podjechać mój klient. Mam zwyczaj wysiadać przed spotkaniem z samochodu i przywitać się, ale kierowca widząc, że podjeżdżam, otworzył okno i pomachał ręką, jakby dając znać, żebym jechała za nim. Więc pojechałam.

Jazda „na ogonie”

Ze wstępnej opowieści, działka miała być bliżej Puszczy, a prowadzący mnie kierowca zawrócił i jechał w stronę absolutnie przeciwną. „Może zna jakiś skrót” – pomyślałam, i jechałam za nim. Ujechaliśmy, moim zdaniem stanowczo za daleko od okolicy, w której miała znajdować się przedmiotowa nieruchomość i zaczęłam przez skórę czuć, że chyba coś było zdecydowanie nie tak. W pewnym momencie, kierowca zbliżył się do skrzyżowania, aby przeciąć trasę gdańską i pojechać w stronę Wisły. W tym momencie byłam już w 100% pewna, że to jakaś pomyłka, ale musiałam się upewnić.

To ja, Pani z agencji

Korzystając z chwili, że kierowca stanął na ruchliwym skrzyżowaniu, bez świateł, wysiadłam z auta i podbiegłam do bordowego Poloneza. Zapukałam w szybę, a mocno zdziwiony kierowca otworzył szybę. Na siedzeniu pasażera siedziała korpulentna pani wyglądająca na jego żonę. „Dzień dobry” – powiedziałam – „nazywam się Joanna Lebiedź i jestem z agencji” (tu żona już okazała znaczne zdenerwowanie, więc chyba nie usłyszała z jakiej), a ja dalej ciągnęłam „byliśmy umówieni na spotkanie…”.

Więcej powiedzieć nie zdążyłam. Żona zaczęła okładać męża torebką wykrzykując „ja ci dam agencję..” i dalej było już tylko niekulturalnie. W efekcie pan szybko zamknął szybę i odjechał.

Uświadomiłam sobie,  że było już absolutnie po czasie, w którym powinnam być na pętli z właściwym klientem. Szczęśliwie była to już epoka telefonów komórkowych, szybciutko zadzwoniłam do klienta, który na mnie czekał i przeprosiłam za spóźnienie.

Kolejne spotkanie na skrzyżowaniu dróg

Na pętli stał bordowy Polonez, ja miałam wrażenie „deja vu”, ale szczęśliwie, tym razem był to umówiony klient. Przywitałam się, aby potwierdzić, że to ten pan. Pojechaliśmy wspólnie obejrzeć działkę i w krótkim czasie doszło do finalizacji transakcji.

Do dzisiaj żonę okładającą Bogu ducha winnego małżonka mam przed oczami.

Artykuły, które mogą Cię zainteresować