Bezstresowe wychowanie

O tym jak piorun nie zrobił na mnie żadnego wrażenia.


O czym przeczytasz?

Bezstresowe wychowanie

Dawno temu w letni upalny wieczór oglądałem wraz z rodzicami film w TV. Było parno, duszno i burzowo. Błysk! Grzmot! Nagle dom zatrząsł się w posadach. Po potężnym uderzeniu pioruna kula plazmy oderwała się od ściany i bezszelestnie wyleciała przez otwarte okno. Byłem pod ogromnym wrażeniem. Obserwowaliśmy niezwykle rzadkie zjawisko - przelot pioruna kulistego. Myślałem, że nic bardziej ekscytującego już mnie nie spotka.

Spotkanie z nowymi klientami

Pewnego, równie gorącego letniego dnia pędziłem na spotkanie z nowymi klientami. Mieliśmy rozmawiać o szczegółach sprzedaży ich mieszkania, a mi letni upał skojarzył się jakoś z filmem “Winnetou”, który leciał w tamten pamiętny wieczór w czarnobiałym TV.

Byłem ciekawy zarówno przedmiotu przyszłej oferty, jak i nowych klientów. Mieszkanie położone było przy jednej z niewielu brukowanych ulic, które jeszcze zostały w Warszawie. Wszystko zapowiadało, że może będę miał w ofercie ciekawą i niezwykle atrakcyjną nieruchomość.

W zasadzie ta część miasta była jest i będzie atrakcyjna zawsze. Inwestorzy chętnie wydają pieniądze na Starym Mieście, kupując mieszkania. Nic dziwnego, wszelkie niedogodności np. komunikacyjne i parkingowe wynagradza absolutnie niepowtarzalny klimat tego miejsca.

Są jednak “plusy dodatnie” i “plusy ujemne”. W zasadzie całe Stare Miasto legło w wojennych gruzach. Kamienic, które przetrwały nienaruszone chyba nie ma. Można tylko oceniać, który budynek mniej, a który bardziej ucierpiał. Większość odbudowano tuż po wojnie. A w socjalistycznej Polsce obowiązywały dziwne, z naszego punktu widzenia normy mieszkaniowe. Nie można było mieć zbyt wiele, a już na pewno nie za dużo. Takie podejście skutkowało nienaturalnymi podziałami. Powstawały koszmarne lokale. Pierwotny zamysł architekta, który projektował mieszkanie dla zamożnych mieszczan wraz ze służbą zmieniano pod dyktando nowej władzy. Dzielono mieszkania duże na małe i bardzo małe, a efekty bywały, oględnie mówiąc, różne. Zastanawiałem się, co socjalistyczna myśl zepsuła w tym mieszkaniu.

Stara kamienica

Intuicja mnie nie zawiodła. Socjalizm przejawiał się pod postacią ogromnego korytarza, który miał kształt banana! Z tego też powodu i małej szerokości nie nadawał się kompletnie do zagospodarowania. Zmarnowana powierzchnia. Mieszkanie choć miało w dokumentach 50 m2 można było wyceniać wyłącznie odejmując od całości fikuśny korytarz.

Abstrahując od socjalistycznych norm, dwupokojowe mieszkanie było zmodyfikowane ponownie przez obecnego właściciela. W miejscu  pomiędzy dwoma pokojami urządzono prowizoryczną kuchnię. Jeden pokój (przerobioną kuchnię) zajmowała starsza, schorowana mama pani domu, a drugi stanowił przestrzeń dla reszty rodziny. Stały tam dwa piętrowe łóżka, łóżeczko i jedna wersalka. Nie musiałem liczyć mieszkańców. Cel mojej wizyty stał się oczywisty! Tym ludziom potrzeba przestrzeni. Warunki bytowania były nieznośne.

Czy będzie to opowieść o dziwnym mieszkaniu?

O, nie.

Nieruchomości nie są nawet w ułamku tak ciekawe jak ludzie.

W wejściu przywitał mnie pan Adam i piątka jego maluchów, które od wejścia biegały jak szalone wokół mnie. Bitwa rozgrywała się na moich oczach. Indianie gonili kowboi, a może było odwrotnie. Trudno się było zorientować.

Hałas bitewny mieszał się z dźwiękami, które dobiegały z pokoju starszej pani, gdzie z kolei świst powietrza wydobywający się z jej rurki do tratochomii, zagłuszały przejeżdżające po bruku samochody (okna były otwarte z powodu upału).

Żona pana Adama, pani Magda czekała na mnie w salonie-sypialni. Wyglądała na bardzo zmęczoną. Usiadłem na środku, na małym stołku jednego z dzieci. Wokół zaciekle bronili się Indianie. Pan Adam widząc moją konsternację i rozbiegane spojrzenie odegnał młodocianych agresorów do korytarza i kuchni. Walka za ścianą dalej trwała w najlepsze. Całe szczęście, że ich babcia nie należała do żadnej ze stron. Jej los mógłby być przesądzony. Zabiłoby ją bezstresowe wychowanie wnuków.

Mogliśmy spróbować porozmawiać. Kiedy pan Adam wymieniał zalety nieruchomości i opowiadał o planach na przyszłość ja myślałem, jak do tego mieszkania przyprowadzić klienta.

Chwila względnej ciszy pozwoliła mi dostrzec (siedziałem niżej), że z T-shirtu pana Adama spogląda do mnie zbolała Czarna Madonna. Pomyślałem, że chyba rozumiem jej smutek… Modliłem się o pokój za ścianą.

Nagle, dobiegł rozpaczliwy odgłos skalpowania. Byłem pewien, że polała się krew. Prawie podskoczyłem na taborecie. Pan Adam i Pani Magda pozostali niewzruszeni.

Kontynuowaliśmy rozmowę. Byliśmy w temacie gdzieś pomiędzy zakupem nowego, a sprzedażą tego mieszkania.

Gospodarze zachwalali lokalizację i samo mieszkanie. Ja byłem przerażony. Lokum miało kompletnie niefunkcjonalny korytarz, który obniżał cenę i było bardzo głośne. Bruk pod oknem, choć wygląda ciekawie bywa uciążliwy.

Odgłosy wojenne ustały. Ta niepokojąca cisza mogła być oznaką wszystkiego. Może zginęli wszyscy wojownicy? A może tylko opadli z sił?

Brutalna wojna ustała

Po chwili jednak dało się słyszeć dźwięki podobne do rozdzieranego papieru. Płacz ucichł. Brutalna wojna ewidentnie ustała.

Chwilowe zawieszenie broni natychmiast wykorzystał najmłodszy synek moich klientów Józef. Malec zgłodniał na wojnie i postanowił uzupełnić elektrolity. Podbiegł do swojej mamy (która siedziała naprzeciwko mnie). Wprawnym ruchem podciągnął bluzkę do góry ukazując matczyną pierś, a następnie bez chwili zawahania na stojaka przyssał się do mlecznego  bufetu i z apetytem rozpoczął konsumpcję.

Pani Magda nawet na chwilę nie przerwała dyskusji. Rozmawialiśmy wtedy o tym, że chyba lepiej sprzedawać to mieszkanie gdy będzie puste…

Malec cmokał pijąc mleko, babcia za ścianą westchnęła ”przez rurę”, samochody turkotały o bruk, dzieci (jak się okazało) rwały tapetę ze ścian, a ja myślałem o ucieczce.

Finalnie umówiliśmy się na kolejne spotkanie, ustaliliśmy, że najpierw klienci kupują mieszkanie dla siebie i dopiero, jak się wyprowadzą zaczniemy sprzedawać.

Co powinniśmy najpierw zrobić?

Dylemat czy lepiej najpierw sprzedać stare, czy najpierw kupować nowe jest typową kwestią która jest dyskutowana podczas sprzedaży. Niestety nie ma żadnego powtarzalnego scenariusza, jaki mógłbym nakreślić. Czasami lepiej tak, czasami inaczej. Wszystko zależy zarówno od sytuacji klientów, jak i nieruchomości, którą zamierzają kupić i sprzedać. W przypadku przedmiotowego mieszkania - zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem było sprzedawać je puste. Na szczęście była taka możliwość.

Wychodząc z mieszkania zastałem w korytarzu zerwaną i postrzępioną, do wysokości jakiej dosięgły zwinne rączki wojowniczych braci tapetę, a także zrolowany dywan z półokrągłego przedpokoju. Był zwinięty w taki sposób, że uniemożliwiał swobodne wyjście.Trzeba go było ponownie rozłożyć, w czym pomogłem panu Adamowi.

Nędzny piorun

Wyszedłem na zewnątrz. Nadchodziła burza. Zagrzmiało i błysnął piorun. Pomyślałem z czym do ludzi burzo! Z jakimś nędznym piorunem? Przecież ja widziałem przed chwilą bezstresowe wychowanie!

Advertisement
Advertisement

Artykuły, które mogą Cię zainteresować

SmartHome oczami dzieci - wymarzony pokój

O jakim pokoju marzą dzieci? Przyjrzymy się bliżej inteligentnemu oświetleniu i sprawdzimy jak dzieci same zmieniają pokój w krainę marzeń. SmartHome w Komputroniku. http://Komputronik-SmartHome

Advertisement